Nie będę komentować fabuły bo to już wszyscy zrobili. Skupie się na poprawności politycznej przesadzonej do bólu.
Pierwsze co się rzuca w oczy po pół godziny oglądania i tak już zostaje do końca to... gdzie są biali mężczyźni? Kompletnie ich tu na dłuższą metę nie ma. Pojawiają się tylko w migawkach, gdzieś w tle z obowiązkami sprowadzonymi do najniższych społecznych profesji: kelnerzy, barmani, pomocnicy i pomagierzy, słudzy i bezdomni. Cała główna obsada to feminizm, aktywizm i kolorowi. Ze smutkiem się na to patrzy.
Główną role gra tu ekipa policjantów - jest to zlepek Ahmedów i Mokabe. Mój mózg odrzucał przez to automatycznie scenerię Paryża i czułem się jakbym oglądał wydarzenia w jakimś RPA. Do tego dochodzi oczywiście najważniejsza postać, specjalista od rekinów - jakaś tam kobieta, która z rekinami miała tyle wspólnego że przeżyła w przeszłości traumatyczną historię. Jej wiedza i dalszy wkład w rozwój filmu są praktycznie zerowe.
Oprócz tego mamy typowe aktywistki - w tych rolach oczywiście kolorowo-włose Julki. Ich celem jest oprócz ratowania płonącej planety i powstrzymania globalnego klimatu, uratowanie rekina przed śmiercią, którego ekipa policjantów chce zabić. Są w stanie poświęcić mnóstwo ofiar w ludziach byle tylko rekinkowi nie stała się krzywda.
Komendantem naszej kolorowej ekipy policjantów jest kobieta. No i najważniejszym politykiem w mieście jest burmistrz - też kobieta. Wszystkie kobiety w tym filmie zachowują się jakby rywalizowały o bycie tą najgłupszą a nie najważniejszą i najmądrzejszą. Moim zdaniem starcie wygrała burmistrz.
Ostatnim bohaterem są oczywiście lewackie ideologie - przewijają się gdzieś tam i są tłumaczone jako przyczyna tego co się stało. Mowa tu o zmianach klimatu, życie na naszej planecie i czy wyspy śmieci na oceanach.