Robin Hood

2010 2 godz. 20 min.
6,9 120 103
oceny
6,9 10 120103
17 660
chce zobaczyć
5,7 9
ocen krytyków
{"rate":5.6666665,"count":9}
powrót do forum filmu Robin Hood
  • kagwo77 ocenił(a) ten film na: 4

    Wyśmienita parodia tematu robinhoodzkiego. Na Robin Hooda bierzemy starego
    siwiejącego dziada bez przeszłości, o którym tyle wiemy, ze jest łucznikiem. Pod koniec
    dowiadujemy się jeszcze, że miał ojca murarza, który w wolnych chwilach zajmował się
    filozofią i prawami obywatelskimi, taki Martin Luther King średniowiecznej Anglii. Ale
    synek nie zapamiętał egzekucji ojca, no cóż, nie takie rzeczy w średniowiecznej Anglii
    musiał 6-letni chłopiec znosić.

    Za towarzyszy damy mu paru statystów, każdy wie jakich miał Robin Hood towarzyszy,
    więc nie trzeba ich jakoś szczególnie charakteryzować. Będzie jeden drab, jeden
    Irlandczyk i jeden gość, co gra na fideli i wygląda, jakby urwał się z zespołu Kelly Family.
    Aha, o Irlandczyku dowiemy się jeszcze tyle, że lubi kopulować z owcami.

    Przy pierwszej lepszej okazji nasz łucznik podszywa się pod znanego rycerza. A że
    zachowywać się jak szlachcic w średniowiecznej Anglii każdy chłopek roztropek potrafi,
    nie wzbudza w nikim żadnych podejrzeń. Na wszelki wypadek nadrabia wszystko
    głupkowatym wyrazem twarzy i sztywnym chodem, pewnie zbyt często oberwał na
    zagranicznych wojażach i tak mu zostało, myślą sobie król i lordowie.

    Na zamku tego rycerza, pod którego się podszywa, dostaje już na drugi dzień o starego
    ojca ofertę zajęcia miejsca jego syna. Żyć nie umierać w takim Średniowieczu! A w
    dodatku będzie mógł dzielić łoże z piękną Lady Miriam. Ale że ta też jest już grubo po 40-
    stce, jakoś zbytnio ognie namiętności z ekranu nie biją, chociaż ponoć 10 lat na męża
    czekała, co ją zaraz po nocy poślubnej (?, ta kwestia pozostaje nierozstrzygnięta) samą
    pozostawił w wyprawę do Ziemi Świętej się udając.

    Więc mamy łucznika, lady Mary, towarzyszy… kogo tu jeszcze brakuje, żeby były klimaty
    robinhoodzkie? Jasne, braciszek Tuck. Szybko się znajduje, nie trzeba go długo
    namawiać, od razu na rabunek dóbr kościelnych przystaje, no ale czego się spodziewać
    po pijaczynie? Mamy też bandę leśnych obdarciuchów. Właściwie na nic oni się w tym
    odcinku nie zdają, tylko robią zamieszanie. No ale trzeba było już wprowadzić postacie
    do gry, bo przecież część druga już się kręci, a tam będzie więcej leśnych przygód. Mamy
    też szeryfa, co się zgodnie z oczekiwaniami zawsze od chamskiej strony pokazuje i albo
    zaloty startuje do naszej Mary albo podatki ściąga. Większość tych czynności wykonuje
    konno, bo to mu dodaje powagi. Później dowiadujemy się jeszcze, że jest pół-
    francuzikiem, i to jest druga scena w filmie (po Irlandczyku kopulującym z owcami), w
    której z założenia publiczność się śmiać powinna.

    No ale śmiać się nie ma z czego, skoro w Anglii panuje zamęt umysłowy a wróg w
    postaci króla francuskiego Filipa stoi po bramami. Lordowie wszczynają rokosz i chcą
    króla obalić, ale ten prosto do ich obozu się osobiści kieruje i paroma ciepłymi słowami
    do swych racji przekonuje. Później jeszcze nasz łucznik się pokazuje i udowadnia, że
    także będąc sierotą po murarzu w Średniowieczu można się niezłej retoryki wyuczyć. W
    każdym razie wszyscy ruszają do boju z francuzami, którzy w międzyczasie mimo prób
    sabotażu (ogniska sygnalizacyjne rozpalono dopiero po zbliżeniu się floty do brzegu, na
    lądowanie wybrano zamkniętą klipami ułatwiającymi ostrzał zatokę) wylądowali.

    Także nasi leśni przyjaciele na konikach pony biorą udział w bitwie, takie mamy
    narodowe uniesienie, że dla swego króla nagle gotowi są oddać życie, chociaż
    wcześniej się przez niego robakami w lesie żywić musieli. Chociaż zbyt dużo nie ryzykują
    bo w przeciwieństwie do francuskich żołdaków znają nasze obdarciuchy wschodnie
    sztuki walki i kijami i nożykami do skrobania ziemniaków świetnie sobie dają radę ze
    skutymi od stóp do głów w żelazo rycerzami. Nikogo już nie dziwi, że się na placu boju
    lady Miriam ukazuje i udowadnia, ze także kobieta po przejściach cierpiącą na bulimie
    lepiej się bić potrafi od francuskiego rycerza.

    Nasi górą, wszyscy nagle na cześć naszego bohatera wiwatują, pewnie scenariusz
    czytali. To oczywiście niesamowicie wkurza króla, który nagle ze wszystkich obietnic się
    wycofuje. Na ale mamy przecież leśnych obdarciuchów, wiec ma się gdzie nasz Robin
    schronić. Wszystko gra, udało się dociągnąć do końca. W części drugiej budżet pozwoli
    może nawet na udowodnienie, że Nottingham to miasto i szeryf po wiejskich chatach
    nocować nie musi.

  • gabi_2 ocenił(a) ten film na: 6

    kagwo77 heheh zgadzam sie w 100%. Ja miałam wrażenie, że oglądam takie pomieszanie Gladiatora z Walecznym sercem. Brakowało mi żeby na zlocie baronów powiedział "jestem maximus..." a na plaży wykrzyknął "Freeeeeedom"!!!!
    + że dobrze się to mimo wszystko oglądało :)

  • banta ocenił(a) ten film na: 5

    gabi_2 Skoro ktoś podbił to i ja tu dodam. Najbardziej absurdalny moment - Robin i Marion jeźdrzą po włościach i absoluntnie nikt nie widzi różnicy między starym, a nowym panem. No po prostu sobowtór. Ja rozumiem, że nie widzieli go 10 lat, ale to lekkie przegięcie. A no i jak wszyscy wiwatują to nagle bezbłędnie pamiętają prawdziwe nazwisko i tylko król widzi, że wyszedł na głupca. Marion machająca mieczem niczym zawodowy rycerz i tylko elfów brakowało.