Nie uśmiechnąłem się ani razu, ale szczerze uśmiałem absolutnie na koniec, po scenie "uzdrowienia" kosmonauty - myślę jednak, że wpływ na to miała nie tylko ta jedna scena, ale cały film, jego fabuła i pomysł na jej rozwiązanie. Dokładnie tak, jak to nazwali fani książki Bickforda: "braingasm" :)