W pierwszej scenie filmu "Skyline", nocą, nad Los Angeles pojawiają się dziwne, zimno niebieskie światła. Po wschodzie słońca nasilają się, wyciągając ludzi na zewnątrz budynków, którzy jak ćmy lecą do nich, przyciągani nieznaną siłą. Z godziny na godzinę populacja Los Angeles zaczyna znikać we wnętrzach przerażających, latających obiektów, które metodycznie penetrują miasto w poszukiwaniu ukrywających się ludzi. Jarrod (ERIC BALFOUR) i Elaine (SCOTTIE THOMPSON) dzień wcześniej wyruszyli do LA na urodziny najlepszego przyjaciela Jarroda, Terry?ego (DONALD FAISON). Po przybyciu na miejsce, wraz z jego dziewczyną, Candice (BRITTANY DANIEL) rozpoczyna się impreza. Teraz tylko pierwotny instynkt przetrwania może pomóc umknąć tysiącom gigantycznych stworów, które nawiedziły miasto w poszukiwaniu ludzi. Obcy o różnych dziwacznych kształtach wydają się niezniszczalni. W thrillerze "Skyline" koniec świata nastąpi? tuż za oknem.
O PRODUKCJI
Odkąd byli nastolatkami, Colin i Greg Strause, znani jako bracia Strause, interesowali się efektami specjalnymi. Zaczęli karierę w Kalifornii w Santa Monica, od kręcenia muzycznych wideoklipów i reklam. Po kilku latach pracy reżyserowali już filmy krótkometrażowe. W 2007 roku zostali wynajęci do pracy nad filmem "Obcy kontra Predator 2". W 2009 roku, kilka tygodni przed Świętem Dziękczynienia, wpadli na pomysł zrealizowania swojej własnej produkcji. Wspólną pracę nad koncepcją filmu rozpoczęli od zarysu sceny, w której tysiące ludzi wylega na ulice miast i wpatruje się z przerażeniem w niebo, a chwilę potem jest wciągana do statków Obcych. Ziemia staje się wyludnioną planetą. Bracia wiedzieli, że są w stanie stworzyć efekty specjalne, które porażą widownię, ale chcieli też, by widzowie zadali sobie pytanie: co dalej z porwanymi ludźmi oraz co zrobią ci, którzy przetrwali pierwszy atak? Strause?owie chcieli nawiązać do koncepcji "syreniego śpiewu", pojawiającego się w opowieściach dawnej Grecji. Według niego, piękne syreny śpiewem zwabiały żeglarzy w niebezpieczne rejony, a ich statki rozbijały się o skaliste brzegi. Tak, jak uwodzący dźwięk jak magnes przyciągał dawnych Greków ? tak tajemnicze światło mogło zwabiać współczesnych mieszkańców wielkich miast do okien. A kiedy już wyjrzeli ? zamieniało ich w bezwolne, pozbawione siły i własnej woli zombie i wywabiało na zewnątrz. Tam Obcy mogli zrobić z nimi co chcieli. Colin Strause mówi: "To wizualnie rozbuchana opowieść o porwaniu na masową, ogólnoświatową skalę. Co sprawia, że jest to w ogóle możliwe? Spojrzeliśmy na to tak: większość z nas, kiedy mija na drodze wypadek, odruchowo zwalnia, żeby lepiej się temu przyjrzeć. Zwykła ciekawość. A gdyby ktoś wykorzystał tę skłonność przeciwko nam? Mógłby w mgnieniu oka zgładzić większość populacji". Reżyser podkreśla też, że najważniejszy we wstępnej koncepcji był rozmach. "Dzięki temu, że mieliśmy własne studio, nie musieliśmy się przed nikim tłumaczyć. Mogliśmy spokojnie zrobić coś takiego, jak twórcy "Paranormal Activity", ale czuliśmy, że możemy stworzyć coś sto razy większego! Pracowaliśmy przecież przy ponad 70-ciu filmach i świetnie znaliśmy możliwości naszego sprzętu!" I dodaje: "Kiedy jakieś studio zatrudnia cię i daje na przykład 100 milionów, może wtrącać się do wszystkiego, a ty musisz często iść na kompromis. Ale kiedy to są twoje pieniądze, wtedy już nie idziesz na kompromis." Takie podejście pozwoliło twórcom na przejście od pomysłu do jego realizacji w krócej niż rok. Kolejną korzyścią pracy na własną rękę była możliwość zredukowania wielkości ekipy do niezbędnego minimum. "Decyzje, które w wielkich wytwórniach podejmuje nierzadko kilkanaście osób, u nas należały tak naprawdę do pięciu osób: Liama, Josha, Kristiana, Colina i mnie", dodaje reżyser. "Znaliśmy się od pięciu, a z niektórymi od dziesięciu lat i rozumieliśmy się doskonale, co oszczędziło nam wiele zbędnego gadania". Uproszczona struktura pozwoliła ekipie szybciej uporać się z doborem aktorów, scenografią, planowaniem dni zdjęciowych oraz montażem, a fakt, że dwie najważniejsze osoby były braćmi, skróciło znacznie proces decyzyjny. Tak mówi o tym O?Donnell: "Oprócz tego, że łączą ich więzy krwi, łączy ich także wspólny biznes. Będąc wiele lat w branży świetnie znają finansowe zależności między budżetem a harmonogramem dni zdjęciowych. W naszej firmie pracuje 120 osób, Colin i Greg zawsze dbali o to, żeby nie przeciążać nikogo pracą tylko z powodu swoich ambicji". Aby udowodnić, że są w stanie zarządzać pieniędzmi, ekipą i czasem, bracia Strause doprowadzili do powstania teasera w jeden dzień, a niezbędne do pracy nad całością projektu pieniądze pozyskali w Berlinie, na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym, w lutym 2010 roku. Mówi Greg: "Powiedzieliśmy naszym inwestorom: Oto jesteśmy! Patrzcie na nasz teaser! Praca nad nim zajęła nam tylko jeden dzień, więc wchodźcie w to! Zrobiło to naprawdę duże wrażenie i dzięki takiemu mocnemu wejściu osiągnęliśmy zamierzony efekt".
CASTING
Podczas pracy nad scenariuszem "Skyline", filmowcy chcieli uniknąć pułapek związanych z tematyką filmu. "W większości filmów sci-fi po ekranie biegają niezwykle rozbuchane wizualnie i charakterologicznie postacie. Mocarne i wręcz niezniszczalne. My chcieliśmy od tego odejść i postawić na ludzi, którzy od samego początku będą czuć się zagubieni i przytłoczeni tym, co ich spotkało", mówi Colin Strause. "Ich ewolucja ma być proporcjonalna do skali terroru, który rośnie wraz z rozwojem akcji". Mówi O?Donnell: "Główną postacią jest Jarrod, przechodzący przemianę z wyrośniętego chłopaczka w obrońcę rodziny. Temat ojcostwa i związana z nim odpowiedzialność bardzo nas interesowała, bo i ja i Colin mamy dzieci. Moment, w którym zaczynasz naprawdę odczuwać swoje ojcostwo może być czasem porażający i często wywraca twoje życie do góry nogami. Na to właśnie chcieliśmy położyć duży nacisk". Z wyborem aktora do roli Jarroda nie było żadnych problemów: Eric Balfour wydał się ekipie idealnym kandydatem na obrońcę, do którego każdy widz mógłby się spokojnie zwrócić o pomoc. Ekipa zdecydowała się na wybór Scottie Thompson do roli Elaine, dziewczyny Jarroda, po obejrzeniu wszystkich, nawet najmniejszych epizodów, w których brała udział. Skyline jest jej pierwszym filmem, w którym dano jej szansę zagrać główną rolę. Mówi O?Donnell: "Scottie przyszła na przesłuchanie i dosłownie nas oczarowała. Nie musieliśmy prosić jej o powtarzanie czegokolwiek. Była idealna". Do roli przyjaciela Jarroda wybrano niespodziewanie Donalda Faisona, znanego do tej pory raczej z ról komediowych. "Dzięki nam Donald odkrył w sobie coś nowego. Świetnie wczuł się w rolę także dzięki temu, że od dawna jest prawdziwym fanem science fiction i zawsze marzył o walce z kosmitami. Kiedy kamera ruszała, od razu wskakiwał w rolę super bohatera. Poza tym, mogliśmy dosłownie przerzucać się dialogami z Gwiezdnych Wojen", śmieje się Cordes. W filmie zabrakło tak znanych z kanonów sci-fi, i mocno ogranych, mądrych głów, które w trakcie rozwoju akcji, wyjaśniają w sposób naukowy to, co dzieje się na ekranie. Mówi Colin Strause: "Nie chcieliśmy żadnych mądrali, którzy wyskakują nie wiadomo skąd i mają zawsze na wszystko wytłumaczenie. Dużo bardziej interesujące wydało się nam pozostawienie tego widowni, która poruszać się będzie trop w trop za naszymi bohaterami i będzie sama musiała odpowiadać sobie na nurtujące ją pytania".
NA PLANIE
Prace nad filmem szły szybko dzięki zgranej ekipie, o jakiej inne wytwórnie mogły tylko pomarzyć. Przy skromnym budżecie i ograniczonej liczbie pracowników, pomocne okazały się talenty i umiejętności poszczególnych osób: Joshua Cordes nie tylko pracował przy scenariuszu, ale też jako drugi reżyser a także pomagał przy efektach specjalnych. Czasem zastępował też operatora. Kristian Andersen był nie tylko producentem, ale też asystentem reżysera, a O?Donnell, po napisaniu scenariusza, nadzorował jego adaptację. "Ile ekip filmowych miało szczęście współpracować ze scenarzystami, którzy każdy dzień, od rana do wieczora, spędzali na planie a oprócz tego znali się świetnie na filmowaniu?", mówi Colin Strause. "Ilu scenarzystów wie, jak ustawić kamerę przed następnym ujęciem? Dzięki temu, że tylu utalentowanych gości było codziennie z nami, nie trzeba było wykonywać uciążliwych, zwyczajowych telefonów z pytaniami, co dalej". Przed każdą trudną sekwencją zdjęciową, na komputerze Colina, robione były szybkie animacje. Wyglądające jak gry z lat osiemdziesiątych świetnie spełniały swoją rolę, bo dzięki nim ekipa była w stanie z większą precyzją zaplanować rozstawienie kamer, oświetlenia i mikrofonów. Joshua Cordes potwierdza: "Dzięki pre-wizualizacjom, które przedstawiały przeważnie ruchy Obcych, wiedziałem, jaki powinien być następne posunięcie naszych bohaterów. Kiedy chwytałem kamerę, mogłem zerknąć na ekran komputera i wyobrazić sobie, w którym miejscu znajdą się macki czy odnóża najeźdźców. I kiedy łapałem odpowiedni rytm, kamera w naturalny sposób podążała za ruchem Obcych". Podczas, gdy dla większości filmów sci-fi, zwyczajowo tłem akcji jest noc, w "Skyline" wszystko odbywa się w pełnym świetle dnia. Mówi Colin Strause: "Tylko w dzień mogliśmy pokazać ogrom statków kosmicznych, które wsysają setki tysięcy ludzi na pokład. W pełnym świetle lepiej widać, że nie ma żadnego miejsca, które zapewniłoby przetrwanie. W nocy mogłaby umknąć widzom skala tego widowiska". Ponieważ nie istniał scenariusz z bardzo dokładnymi opisami miejsc, ekipa musiała być bardzo elastyczna w tym temacie. Mówi Greg Strause: "Chcieliśmy zrobić film obfitujące w porażające efekty specjalne. Ale mając niezbyt duży budżet musieliśmy wykorzystywać to, co dawało nam najbliższe otoczenie: mamy garaż, więc dodajmy scenę w garażu, mamy basen ? dopiszmy coś, co pozwoli nam go wykorzystać, mamy windę ? zróbmy coś z tym. Josh i Liam musieli bardzo się sprężać adaptując nasze pomysły tak, żeby pozostało to, co najważniejsze: historia i klimat". Realizując ujęcia głównego ataku na Los Angeles, zrezygnowano z użycia typowego dla sci-fi blue boxu na rzecz najnowszych cyfrowych kamer RED, wyposażonych w matrycę o bardzo dużej rozdzielczości. Zdjęcia kręcono przy współpracy aktorów i kaskaderów, udających Obcych. Kaskaderzy stanowili punkt odniesienia dla operatorów oraz, wprowadzanych już w studio, cyfrowych efektów. Dzięki takiemu rozwiązaniu, bezpośrednia kontakt bohaterów z Obcymi wygląda bardzo wiarygodnie. "Kiedy ponad 50 procent materiału to efekty komputerowe, może wyglądać to tandetnie i fałszywie. Ale kiedy w większości pracujesz w konkretnym, dobrze dobranym miejscu, a efekty dodajesz w studio, masz większą szansę na oddanie rzeczywistości". Rezygnacja z blue-boxu dała szansę na lepszy, proporcjonalny dobór światła ? dla pierwszego planu ale i dla tła opowieści. Użycie kamer RED ułatwiło także pracę kaskaderów z różnego rodzaju podwieszeniami, gdyż rozstawianie skomplikowanego technicznie sprzętu odbywało się tylko raz. Filmowanie bez blue-boxu dawało możliwość sprawdzania efektów na bieżąco, podczas kręcenia każdego ujęcia. Podczas całego procesu powstawania "Skyline", w studio stworzono ponad 900 sekwencji z użyciem efektów specjalnych.
OBCY
Zespół odpowiedzialny za wygląd Obcych postanowił odejść od schematów, od lat eksploatowanych w kinie sci-fi. W przeważającej ilości filmów Obcy przybywali na statkach pokrytych metalem lub metalopodobnym materiałem. Ekipa "Skyline" zdecydowała się na wygląd organiczny, idąc tropem myślenia: "Co, jeśli nie będzie typowego statku-matki? Jeśli zamiast tego będzie jeden wielki organizm, składający się z wielu, biologicznie połączonych?". W filmie pojawia się kilka rodzajów Obcych. Tak mówi o nich Colin Strause: "Są tankowce, które potrzebując paliwa, polują na ludzi. Wielkie jak King-Kong, mają macki jak ośmiornica, bardzo sprawne i szybkie. Hydry są jak latające meduzy skrzyżowane z szybkimi odrzutowcami. Najmniejszymi stworzeniami są drony. Dzięki małym rozmiarom mogą wchodzić do budynków w poszukiwaniu ludzi, których nie zwabiło silne, niebieskie światło podczas wstępnej fazy ataku". Pierwsze projekty inspirowane były popularnie występującymi w przyrodzie głowonogami. "Podstawowym stworzeniem, na którym się wzorowaliśmy, były ośmiornice", mówi Colin Strause. "Ich odnóża są w stanie udźwignąć potężne ciała a przy tym ich ruchy pełne są lekkości i piękna. Mogą przerażać samym wyglądem a ich sposób polowania idealnie pasował do naszych wyobrażeń. Użyliśmy tego do stworzenia podstawowych ruchów naszych dronów i hydr. Dla sposobu poruszania się tankowców podstawa były ruchy i psychika goryla. Dodaliśmy tylko napęd odrzutowy. Chcieliśmy uzyskać galopującą, mocno wkurzoną, mierzącą ponad dwadzieścia metrów, małpę". Dla ekipy od efektów specjalnych praca nad wizerunkiem Obcych była dużym wyzwaniem, bo wspólnie z reżyserem i scenarzystą nie tylko tworzyła od podstaw wygląd, ale także nowe schematy zachowań najeźdźców. Mówi Cordes: "Wspaniałe było to, że nie musieliśmy odwoływać się do żadnych kanonów czy historii kina sci-fi, stworzyliśmy własne zasady, swoją mitologię potworów. Daliśmy naszym projektantom całkowicie wolna rękę zaznaczając, że stwory muszą robić wielkie pierwsze wrażenie . A oni z początkowych sześciu, doszli do ponad dwudziestu metrów wysokości! A dodając bioluminescencję nadali im nowy wymiar grozy ale i fascynującego piękna".
ZDJĘCIA
Zdjęcia do "Skyline" robiono w Los Angeles. Trwały 42 dni. Prawie wszystkie sceny powstały w budynku, w którym mieszkał Greg Strause. Według scenariusza, akcja tocząca się w jednej lokacji potęgowała odosobnienie i dezorientację bohaterów w pierwszych godzinach po ataku Obcych. Mówi Colin Strause: "Niektórzy w apartamencie Terry?ego mają jeszcze kaca po całonocnej balandze. Budzi ich dziwne światło. Próbują zorientować się, o co chodzi. Generalnie w przypadku każdego zagrożenia ludzie starają się racjonalizować sytuację. Nas interesowało to, czy w sytuacji mocno oderwanej od codzienności, zebrani na jednej przestrzeni, skurczą się ze strachu czy spróbują zgrywać bohaterów". Apartament Grega doskonale nadawał się na miejsce takiej akcji. Poza tym, z dachu kilkunastopiętrowego budynku rozciągała się zapierająca dech w piersiach panorama miasta. Ale wizyta ekipy filmowców nie była łatwa dla właściciela: "Właśnie skończyłem półtoraroczne urządzanie mojego mieszkania", mówi Greg. "Kilka tygodni później rozpoczęliśmy tam zdjęcia. Co ja, do cholery, sobie myślałem?" Zasada numer jeden brzmiała: żadnych butów! No, chyba, że założyłeś na nie miękkie bambosze! "Kilka tygodni w swoim domu, ale w zupełnie innej roli pozwoliło mi spojrzeć na mieszkanie z innej perspektywy. Podczas zdjęć korzystaliśmy z całego mojego domowego wyposażenia, które udało mi się zgromadzić, więc fajnie było patrzeć na ludzi, którzy, inaczej niż na innych planach filmowych, obchodzili się z nimi przesadnie ostrożnie"- dodaje ze śmiechem. Ponieważ scenarzyści nieraz bywali w mieszkaniu Strause?a, łatwiej było im wykorzystać szczegóły usytuowania budynku, rozmieszczenia wind i schodów a przede wszystkim topografię dachu, na którym rozgrywały się kluczowe dla "Skyline" sceny. Joshua Cordes potwierdza: "Zwykle opisujesz jakieś miejsca a dopiero potem starasz się je znaleźć albo dopasować te, o których co nieco słyszałeś. Tu mieliśmy komfortową sytuację i nic na planie nie mogło nas zaskoczyć". Nieco trudniejsze warunki miała ekipa dźwiękowa i oświetleniowa a także operatorzy kamer. Ze względu na kameralny charakter budynku filmowcy nie chcieli utrudniać życia stałym lokatorom. Mówi Greg Strause: "Technika w filmach zawsze wozi ze sobą mnóstwo statywów, paczek, skrzyń, kontenerów i innych, zabierających wiele miejsca, czasem dziwnych przedmiotów. To dlatego w branży mówimy na nich "ekipa cyrkowców". W "Skyline" mieliśmy do dyspozycji jeden apartament, kilka małych pomieszczeń w różnych częściach budynku oraz tylko dwie windy, które musieliśmy dzielić z mieszkańcami. Nie mogliśmy więc godzinami wwozić kilku ton sprzętu, bo sąsiedzi by nas zabili. Postawiliśmy więc na lekki sprzęt, co pomogło nam także wtedy, gdy ograniczyliśmy liczbę pracowników do dwudziestu. Nikt przecież nie dałby rady przebywać w jednym pomieszczeniu przez kilka tygodni w większej grupie. I tak przez cały czas siedzieliśmy sobie na głowach". Pozytywnym efektem takiego zagęszczenia było świetne zgranie ekipy, dzięki czemu praca mogła toczyć się w dobrej atmosferze i dużo sprawniej. "Ale mimo wszystko, to była prawdziwa partyzantka", dodaje Greg ze śmiechem. Ponieważ większość scen kręcono w dzień, trzeba było przestrzegać wszystkich przepisów, zasad a przede wszystkim ograniczeń. Mówi Colin Strause: "Los Angeles to miasto pełne ludzi z pasją, których zaangażowanie pomogło nam przezwyciężać wiele trudności. Na przykład scena na dachu z dużą ilością dymu. Po załatwieniu niezbędnych zezwoleń umieściliśmy tam ogromną maszynę do dymu. Po jej włączeniu, po kilku minutach usłyszeliśmy syreny czterech wozów strażackich. Po chwili było ich już dwanaście a przez głośniki usłyszeliśmy, że lecą do nas jeszcze trzy helikoptery. Gdyby nie wyrozumiałość, a przede wszystkim zrozumienie dla naszych dziwnych pomysłów, mielibyśmy spore kłopoty".