Piękna Pani Chan

O tym, że Wong Kar Wai to reżyser godny uwagi, wiedziałem od dawna. Jednak jego filmy
należały do moich dość zawstydzających zaległości, które postanowiłem w końcu nadrobić.
Zacząłem od „Spragnionych miłości”. O takim wyborze przesądził w jakimś stopniu filmowy
plakat, na którym smutna piękność Maggie Cheung w wieczorowej sukni stoi przed
nienagannie ubranym mężczyzną, a za jej plecami widzimy mur z pokruszonym tynkiem
(malownicze tło, często wykorzystywane – vide okładka płyty Rafała Blechacza z preludiami
Chopina). Nieprzypadkowo wspominam o plakacie, gdyż jak rzadko kiedy doskonale oddaje
on nie tylko temat, ale też nastrój i estetykę filmu.

Kar Wai zakwaterował swoich bohaterów niezbyt komfortowo, bo na stancji w starej kamienicy
w Hong Kongu AD 1962. Który bardziej przypomina przedwojenną Łódź niż współczesną
metropolię. Para głównych bohaterów to zawsze szykowna sekretarka - pani Chang oraz nie
zdejmujący garnituru dziennikarz, pan Chow. Wraz ze swoimi małżonkami wynajmują pokoje w
sąsiadujących mieszkaniach (narażeni na ciasnotę, hałas i opresyjną serdeczność
gospodarzy). Z dzisiejszej perspektywy nawet przeciętnego Polaka ówczesne warunki są dość
przerażające. Oto wspólny „salon”: pani Chang siedzi w fotelu we wdzięcznej pozie, jak zwykle
elegancka, i w skupieniu czyta gazetę. A tuż obok, niemal ocierając się o nią hałaśliwa, liczna
rodzina wesoło biesiaduje.

W swoim plebejskim otoczeniu dwójka protagonistów to zdecydowanie postaci z innej bajki.
Pani Chang to wręcz kwintesencja klasy i wdzięku (gdy wchodzi po schodach – mogłaby
stanowić wzór dla każdej modelki, zupełnie jak Monica Bellucci w „Malenie”). Natomiast
introwertyczny, zdystansowany Chow ma wyraźny rys Bogartowski. Wydawać by się mogło, że
w tej sytuacji, przy ciągle nieobecnych małżonkach, gorący romans tych dwojga jest tylko
kwestią czasu. Ale Kar Wai opowiada nam zupełnie inną historię niż np. Jean – Jacques
Annaud w „Kochanku”.

Tam chiński gentleman miał do czynienia z nastoletnią, żywiołową prostaczką. Tutaj – z
wrażliwą damą o najwyższych standardach moralnych. Obydwa te skrajne warianty muszą w
dłuższej perspektywie prowadzić do kompletnej porażki, co zarówno Annaud jak Kar Wai
pokazali sugestywnie i przekonująco. Bohaterowie tego drugiego są spętani regułami
mieszczańskiej moralności (mającej najwyraźniej wymiar uniwersalny). Unikają cudzołóstwa –
płacąc jednak cenę frustracji, poczucia przegranej, świadomości niewykorzystanej szansy. Nie
wynagradza tego (a jeśli już, to marnie) poczucie moralnej wyższości nad niewiernymi
małżonkami.

Zgadzam się z tymi głosami, które wskazują na pewną pretekstowość fabuły „Spragnionych
miłości”. Rzeczywiście, w warstwie fabularnej dzieje się tu niewiele, a cały film można by
streścić w dwóch – trzech zdaniach. Najwyraźniej Kar Wai skupił się na czymś innym. Na
wykreowaniu nostalgicznego klimatu, niepowtarzalnego nastroju, kształtowanego w równym
stopniu przez obraz co muzykę, zresztą dobraną tu z absolutnie wyjątkową trafnością. Jeżeli dla
kogoś to za mało, zawsze pozostają do dyspozycji thrillery z Hollywood. Ja jednak w pełni
doceniam wyszukany smak tej egzotycznej potrawy.

Zapraszam do odwiedzenia mego bloga: http://nowerekomendacje.blogspot.com/

  • Ha! Pokierowana świetnym artykułem na lubimy czytać, zajrzawszy na profil autora i następnie na bloga, znalazłam recenzję Spragnionych miłości, (jako że niedawno obejrzałam i się zachwyciłam), zaczęłam czytać i wiedziałam, że już gdzieś ten tekst widziałam! Ja także długo opierałam się temu tytułowi. Może lepiej - lata temu mogłabym nie docenić piękna tak subtelnego kina, nie wspominając o rozczarowaniu zakończeniem ;-)

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: