Po słabym "Powrocie na Ziemię" coś jeszcze gorszego. Przyrodni brat Spocka, hipisowaty v'tosh ku'tar, porywa trójkę ambasadorów i zamierza wyruszyć na koniec galaktyki spotkać Boga. Po co mu ci ambasadorzy tego nikt nie zgadnie, zwłaszcza ta tępa Romulanka. Porywa ich jednak, spotyka załogę Enterpirise'a która postanawia mu towarzyszyć. Żeby nie było takiej sielanki wyrusza za nimi klingoński ptak wojny z ekshibicjonistycznym dowódcą. A ten bóg, tak w ogóle to okazał się oszustem.
Jest to jednak Star Trek i nie ma tak że brak w tym filmie jakichkolwiek plusów. Do serii powrócił Dahar Master Jerry i muzyka od razu wróciła na właściwe tory. Film ma też niezłe zdjęcia a przypominająca "Lawrence'a z Arabii" scena z Sybokiem na pustyni to dobre dziełko. Fajne też są sceny na przepustce, zwłaszcza ta z Czechowem i Sulu
-Nie możemy przecież powiedzieć że się zgubiliśmy.
-Coś wymyślę. Uhura mamy mały problem, jest ciężka śnieżyca i nie wiemy w którą stronę iść.
-Szu, szuuuu.
-To dziwne, według moich wskaźników świeci Słońce i jest dwadzieścia stopni.
-Faktycznie panie Sulu, zaczęło świtać. To cud, jesteśmy uratowani.