Star Trek V: Ostateczna granica

Star Trek V: The Final Frontier
1989
6,4 6,1 tys. ocen
6,4 10 1 6050
Star Trek V: Ostateczna granica
powrót do forum filmu Star Trek V: Ostateczna granica

Niegłupi zamysł fabularny, trochę humoru oraz krótkie spojrzenie w przeszłość niektórych bohaterów.. Dowiedzieliśmy się co nieco na temat traum, jakie dręczyły Spocka i McCoya oraz zobaczyliśmy szerzej kwestię raczej pomijaną w świecie "Star Trek"- religia w życiu ludzi XXIII wieku. Niestety, zakończenie zostało spartolone- zamiast wniosków do własnoręcznego wyciągnięcia dostaliśmy prostą odpowiedź na pytanie, czy Kirk i jego załoga są wierzący. Dotychczas ST nie mówił o tym wprost- wprawdzie przyszłość ludzkości miała być laicka i zapewne ateistyczna, ale nigdzie nie zostało to powiedziane dosłownie. Zresztą, na tym niedopowiedzeniu jechano dalej, w kolejnych serialach, a w "Star Trek: Deep Space Nine" nastąpiło nawet pewne przewartościowanie i słuszność ludzkiego "oświeconego" sceptycyzmu została nieco podważona. Niestety, tutaj dostaliśmy kawę na ławę: McCoy jest wątpiący, a Kirk uważa, że Boga nosi się w sercu. I jest ładnie.
Nie zostało także wyjaśnione, z czego brała się wielka siła sugestii u Syboka, bo raczej trudno uwierzyć, że za pomocą prymitywnej pseudopsychoanalizy potrafił owinąć sobie każdego wokół palca. Dziwi mnie też postawa owego klingońskiego oficera, który od samego początku nie próbuje nawet opierać się Wolkaninowi i właściwie sprawia wrażenie faceta, któremu jest wszystko jedno.
Pomimo powyższego, pierwsza połowa filmu była niezła i nie zepsuła tego nawet tańcząca Uhura (swoją drogą, 57-letnia wtedy Nichols naprawdę nie wyglądała aż tak źle). I oczywiście, niedwuznaczne nawiązania do "Gwiezdnych Wojen" i planety Tatooine. Biwak w górach przypomniał natomiast, że nasi bohaterowie są jednak tylko ludźmi (Spock tylko w połowie, ale jednak) i także potrzebują zwykłego wypoczynku. Możliwość ujrzenia ich w sytuacji "pozakosmicznej" było, moim zdaniem, walorem. Wiele się może zdarzyć przez najbliższe 300 lat, ale ludzkie zwyczaje wczasowania się nie zmienią. Jeśli kiedyś, w jakimś polskim fanfilmie ST pojawiłby się polski oficer (w kręconym do niedawna "Star Trek: Horizon" miał takowy się pojawić) lub nawet kapitan statku to nie zdziwiłbym się wcale, gdyby spędzał on urlop w Tatrach, na Mazurach lub nad Bałtykiem. Kirk w amerykańskich górach spełniał dla widza amerykańskiego taką samą rolę- pokazywał, że ludzie przyszłości nie będą aż tak różni od współczesnych (poza, oczywiście, systemem wartości). No i miło się robi na sercu, gdy w całym wielkim kosmosie ludzie wciąż jednak pamiętają o swojej starej dobrej Ziemi, która aż tak bardzo się nie zmieniła.
Ważną poruszaną kwestią była też samotność oficera Floty. Ten temat będzie jeszcze wracał aż do czasów TNG i Picarda. Obaj kapitanowie spędzili długie lata przemierzając kosmos, lecz z wiekiem coraz bardziej dociera do nich, jak bardzo są samotni. Kirk w tym filmie nie jest już "kosmicznym kowbojem", który odkrywa nowe światy i beztrosko korzysta z uroków życia. Starzeje się, a niedawny promyk nadziei na ustatkowanie się i emeryturę w rodzinnym gronie został pogrzebany poprzez śmierć jego syna z rąk Klingonów (ST III). Trzeba docenić tę refleksję; ten i inne filmy z Kirkiem znacząco pogłębiły postać tego kapitana.
Film jest nierówny, ale nie taki znów zły, jak się o nim sądzi.

ocenił(a) film na 7
jedzoslaw

Ja tylko dodam, że nie jestem jakimś wielkim fanem ST, ale ten odcinek mi się podobał, chyba głównie przez wątki humorystyczne, całkiem ciekawy pomysł na fabułę i nie do końca jednoznacznego antagonistę. A Uhura moim zdaniem jeszcze dawała radę i osobiście nie dziwię się tym pustynnym tubylcom że tak zareagowali, pewnie sam zrobiłbym to samo. Jako taką ciekawostkę nadmienię jeszcze że aktorka wcielająca się w postać "porwanej" ambasadorki mimo upływu lat wygląda dalej bardzo apetycznie.