Star Trek V: Ostateczna granica

Star Trek V: The Final Frontier
1989
6,4 6,1 tys. ocen
6,4 10 1 6050
Star Trek V: Ostateczna granica
powrót do forum filmu Star Trek V: Ostateczna granica

Trudno mi zrozumieć dlaczego właśnie "Ostateczna Granica", jako jedyny film z cyklu opowieści o załodze statku Enterprise, śmiało eksplorującej tajemnice wszechświata, została nominowana, a nawet otrzymała! trzy statuetki w corocznie przyznawanych... Złotych Malinach. Jest to dla mnie tym bardziej niepojęte, gdyż piąta część jest wg mnie znacznie lepsza od kiepskiego "Powrotu na Ziemię" i to już prędzej tamtemu filmowi należały się te wątpliwe 'wyróżnienia'. Przejmować się oczywiście nie ma czym, Malinki są przecież przyznawane bardziej w formie żartu, ale sam werdykt jest dla mnie zaskakujący.

Za piątą część odpowiedzialny był przede wszystkim William Shatner - filmowy kapitan Kirk - który nie dość, że wyreżyserował sam film - być może pozazdrościł Leonardowi Nimoy'owi (filmowy Spock), który zrealizował III i IV - ale także brał udział przy tworzeniu samej historii. Historii o którą się z kilku powodów trochę bałem. Po pierwsze nigdy w Star Treku nie przekonywały mnie wątki średniowieczno - plemienne, a tych w tym epizodzie jest sporo. Po drugie sam temat na ten obraz - poszukiwanie boga i miejsca stworzenia - był dziwnie podobny do tego co widzieliśmy w I filmie kinowym i obawiałem się czy nie wyjdzie z tego wielka powtórka z rozrywki. Poza tym jak chyba wiadomo, kino rozrywkowe nie często radzi sobie z poważniejszymi tematami, a rozważania na temat wiary, celu istnienia są dość śliskie i bardzo łatwo jest je strywializować, zbliżając się niebezpiecznie blisko do parodii. Tym bardziej jeśli za sterem takiego nietypowego blockbustera stoi osoba niedoświadczona.

Idealny ten film oczywiście nie jest, ale moim zdaniem pomimo kilku wpadek, prezentuje się (tuż po "Gniewie Khana") jak dotąd najlepiej ze wszystkich pozostałych produkcji spod znaku ST. Chyba największym jego minusem są słabe efekty specjalne - nawet starsze o całe 10 lat TMP mogło się pochwalić lepszymi. Zawodzi też niestety końcówka, która mogłaby być o wiele bardziej emocjonująca i spektakularna, ale przez ograniczony budżet i spięcia na linii Paramount - Shatner, wygląda jak wygląda czyli poprawnie, ale nie rewelacyjnie. Szkoda, bo gdyby nie zachowawcze decyzje studia filmowego (i w efekcie kłopoty z realizacją prawdziwej wizji twórców) "Ostateczna Granica" mogłaby być filmem o wiele lepszym, jeśli nie najlepszym z całego cyklu.

Największą zaletą tej części jest wszechobecny humor. Prawie każda scena jest zabawna, a najbardziej można się uśmiać na samym początku, gdy nasi bohaterowie biwakują gdzieś w lesie. Chyba właśnie dzięki tak sporej liczbie komediowych momentów wreszcie polubiłem załogę oryginalnego Enterprise'a. Szkoda jedynie, że twórcy nie podarowali sobie dziecinnej sceny gdy Scotty uderza głową w wystającą część statku - to już humor poniżej odpowiedniego poziomu. Drugi plus to ciekawa i intrygująca historia oraz zagadkowy czarny charakter, którego intencje prawie do końca nie są nam znane. Dzięki temu film trzyma w napięciu i interesuje aż do samego końca - jedynie środek gdy bohaterowie wyznają swój ból lekko zwalnia.

Całe szczęście nie zawodzi również zakończenie, które mogło bardzo szybko i w bardzo prosty sposób pogrążyć cały film - spotkania z bogiem w filmach bowiem wychodzą różnie, najczęściej jednak niezbyt przekonująco. Twórcom udało się natomiast gładko wybrnąć z zastawionej przez siebie pułapki, wrzucając przy okazji do całości mały twist. Nie byłbym też sobą gdybym na końcu nie wspomniał o muzyce i wielkim powrocie Jerry'ego Goldsmitha na krzesło kompozytora. Jego muzyka jest jak zwykle fantastyczna i wynagradza gorsze momenty filmu - szczególnie te w których brakuje efektów specjalnych. Dzięki niej wrócił również charakterystyczny tylko dla tej opowieści klimat, dzięki czemu nie ma wątpliwości, że oglądamy Star Trek, a nie jakiś tam, kolejny z rzędu film sci-fi.

8/10