The Spy Who Loved Me

2 godz. 5 min.
7,2 33 505
ocen
7,2 10 33505
3 171
chce zobaczyć
6,6 9
ocen krytyków
{"rate":6.5555553,"count":9}
{"type":"film","id":807,"links":[{"id":"filmWhereToWatchTv","href":"/film/The+Spy+Who+Loved+Me-1977-807/tv","text":"W TV"}]}
powrót do forum filmu Szpieg, który mnie kochał
  • wojteczek ocenił(a) ten film na: 10

    Znam "Szpiega, który mnie kochał" od 1991-92 roku i muszę wyznać, że nadal uważam, że jest to jeden z najlepszych Bondów.
    Jest w tym odcinku coś takiego, czego nie ma żaden inny odcinek, tego już ponad 50-letniego, cyklu.

    W mojej ocenie w pewien sposób była to ostatnia tak udana część, podsumowanie serii w wielkim stylu. Film jest zrobiony z rozmachem, ale bez efekciarstwa, z dużym wyczuciem. Być może jest to też najbardziej romantyczny odcinek serii, na co z pewnością ma wpływ wspaniała muzyka Hamlischa i filmowe relacje Moore-Bach. Wyraźnie też czuć tutaj, że twórcy "Szpiega..." dostrzegli przemiany w kinie przygodowym, jakie zaczęły wówczas zachodzić (ten nowy styl kina przygodowego nazwano potem "kinem nowej przygody").

    Co ciekawe, pod nie do końca oryginalną fabułą (jak zauważył "robert2207" - nawiązania do "Żyje się tylko dwa razy" są wyraźne, nawet reżyser ten sam) udało się nasycić historię elementami subtelnym takimi jak wspomniane relacje Bonda z sowiecką agentką. Jest w tym nawet coś bardziej przejmującego niż w "W tajnej służbie...", który to odcinek uważany jest za najbardziej romantyczny. Wiadomo bowiem, że ta dwójka będzie musiała się rozstać po wykonanej misji, a jednocześnie - taki jest moje wrażenie - stosunek Bonda do Amasowej jest inny niż do wcześniejszych partnerek. Bardziej czuły (znakomita scena z zapalniczką). Jednak "Szpieg..." jest dojrzalszy niż "W tajnej..." od strony i technicznej (wiadomo - 8 lat różnicy), ale też za sprawą Rogera Moore'a, który zagrał Bonda nieco inaczej niż w dwóch poprzednich częściach.
    W "Żyje..." i "Człowieku..." był bardziej pogodny, dynamiczny (zwłaszcza w "Człowieku...", gdzie nawet zahaczył o akt agresji wobec kobiety).. W "Szpiegu..." natomiast w sposób wybitny zaproponował Bonda nieco zimnego, zdystansowanego, cynicznego, chłodnego profesjonalistę (scena na dachu) z typowym dla Moore'a humorem (ale bez przesady) i ciepłem. Wyszła prawdziwa perła wśród bondowskich kreacji.

    Bez wątpienia strona techniczna jest znakomita. Na mnie zawsze robi wrażenie nocna scena wśród piramid - jak to wszystko jest świetnie zsynchronizowane - oświetlenie, muzyka, głos płynący z głośników, akcja. Nieziemski klimat.

    Nie zgodzę się natomiast z "robertem2207", że Jürgens zaprezentował się nijak. Otóż wpisał się on w styl filmu. Przedstawił znużonego, zmęczonego, rozgoryczonego człowieka, który nadziei dla ludzkości szuka w jej zagładzie i stworzeniu nowego świata, a jednocześnie wszystko kwituje tym swoim lekkim, drwiącym uśmieszkiem.


    Wiem, to co napisałem brzmi bezładnie, ale trudno przelać na ekran monitora swoje odczucia. Uważam, że powstał naprawdę wyjątkowy, przepiękny odcinek.

    Napiszę na koniec jeszcze, że, będący kalką "Szpiega...", "Moonraker" już tak udany nie jest. Wydaje mi się także, że w pewnym sensie po "Szpiegu..." nie powstał już tak przełomowy odcinek Bonda, odcinek, który wnosiłby do serii powiew świeżego powietrza.

  • PanFerdek ocenił(a) ten film na: 8

    wojteczek Bardzo ciekawa i dobra opinia o filmie. Mam podobnie zdanie. Co do przełomu to powstał jeszcze Tylko dla twoich oczu. Film przełomowy po lekkim, luźnym Moonrakerze. Moore w Tylko dla twoich oczu, gra bardzo poważnie i twardo. Jak już kiedyś gdzieś wspomniałem, Tylko dla twoich oczu i Szpieg... to moim zdaniem dwie najlepsze części z Moorem, a Moonrakera bardzo lubię, za tą lekkość. Szpieg...był przełomem bo właśnie tutaj Moore wypracował swój wizerunek, łączy powagę z inteligentnym poczuciem humoru, Moonraker, to Moore wyluzowany, a Tylko dla..., to agent twardy, poważny, mściciel,momentami posępny i zawzięty, jednakże elementy humoru się pojawiają. To są trzy moje ulubione części z Moorem. Pierwsze dwa filmy z Moorem były rozgrzewką gdzie dopracowywał styl gry. Trzy kolejne łączyły mieszaknę stylów tzw. zloty środek, dwa ostatnie to już brak świeżości, a Moore już był mało wiarygodny jako agent tropiący groźnych przeciwników i ich pomocników.

  • wojteczek ocenił(a) ten film na: 10

    PanFerdek Dziękuję.

    Mam podobną opinię, co i Ty, jeśli idzie o Bondy z Moorem.

    Pierwsze dwa - od strony fabuły bardzo dobre, ale Moore, chociaż znakomity, wyraźnie jeszcze szukał stylu, zastanawiał się pewno, jak "ugryźć" tę postać.
    "Szpieg..." to przełom - od bardziej nowoczesnej formuły po pewien rodzaj stylu, który właściwie obowiązywał do pierwszego Bonda z Daltonem (bo "Licencja na zabijanie" jest już trochę inna, a Bondy z Brosnanem i Craigiem traktuję jako osobną kategorię). "Moonraker" jest, jak dla mnie, kalką "Szpiega...", ale nie tak już udaną, bardziej mechaniczną, klimat tego filmu jest taki nieco...hmmmm...jakby to określić? Zimny? Chłodny? No i za dużo to humoru.

    Dopiero co się zastanawiałem i też doszedłem do wniosku, że "Tylko dla twoich oczu" jest chyba najbardziej poważnym odcinkiem z udziałem Moore. Humoru tu praktycznie nie ma (może tylko podczas ucieczki garbusem i podczas pościgów narciarskich). I to jest ogromny plus tego filmu. Takie powinny być Bondy. Jest tu i romantyzm - piękna scena na plaży z hrabiną (Cassandrą Harris) i powaga genialny fragment z zepchnięciem samochodu w przepaść przez Rogera Moore'a. Niemal idealny odcinek.

    "Ośmiorniczka" to powrót do groteski. A "Zabójczy widok"...cóż, Moore był już tu za stary. Niby wszystko jest jak należy - świetny Walken jako psychopata, ale jednocześnie wszystkiego jest w nadmiarze, wszystko jest takie rozdmuchane, przesadzone. Nie potrafię tego nazwać.

  • robert2207 ocenił(a) ten film na: 8

    wojteczek Świetny post. Dzięki za nawiązania do mojej recenzji :)

  • wojteczek ocenił(a) ten film na: 10

    robert2207 Proszę uprzejmie :) Twoja recenzja po prostu była bardzo dobrze napisana.

  • nono_doktor ocenił(a) ten film na: 10

    wojteczek Jak dla mnie to po prostu Bondy z Rogerem są najlepsze, w tym również ten "odcinek"

  • wojteczek Nie mam pojęcia dlaczego ten film uparcie promowany jest jako najlepszy z udziałem Moore'a. Nie ma on ani wyszukanego scenariusza, sceny akcji są nawet dynamiczne, choć wtórne do bólu zębów, przeciwnik sprawia wrażenie jakby był bardzo znudzony odgrywaniem swojej roli. Poza tym robi on wszystko, żeby jego plan się nie udał, a Bond go dorwał i zabił (bezsensowna ucieczka na Atlantydę, podczas gdy pozostawia na statku swojego głównego wroga). No, ale przyjęła się już opinia, że to najlepszy film z udziałem Moore'a. Spora w tym zasługa samego Moore'a, który podobno też tak uważa.

  • adamcpdst ocenił(a) ten film na: 5

    Kuba1983 Film jest kiepski i plagiatuje "Operację Piorun", gdzie była dużo ciekawsza sesja podwodna. Wpuszczanie przeciwników do rekinów też już było. Partnerka Bonda zbyt lalkowata (dobra by była w roli Izabeli Łęckiej). To ma być najlepszy Bond? Wolne żarty.