Jak dla mnie, postać ojca jest najsłabszą stroną filmu i bardzo negatywnie wpływa na ogólny jego odbiór. Zupełnie nie rozumiem, po co facet miałby po zabójstwie trojga dzieci siedzieć na strychu (a nawet pozwolić, żeby Jack go tam zamurował...). Ten motyw jest kompletnie nieczytelny, niezależnie od tego, pod jakim kątem o nim myślę. Zwykła bzdura i tyle.
Gdyby z tego nieszczęsnego ojca w ogóle zrezygnowano, całość okazałaby się znacznie lepiej przyswajalna: matka umiera, Jack po jakimś czasie dostaje szału, zabija rodzeństwo, a potem wmawia sobie, że cała trójka nadal żyje. Klasyczna psychoza, którą da się w kinie obejrzeć bez specjalnego zgrzytu. Niestety, "Tajemnica Marrowbone" idzie w jakimś innym, bardzo dziwnym kierunku, który mnie za cholerę nie przekonuje.