Tetro Petroczini, Tetro Petroczini, Tetro Petroczini i jeszcze raz Tetro Petroczini - te słowa wryły mi się pod czachę podobnie jak dwie męskie twarze, którymi Coppola z zadęciem na dzieło ciągle w czarno-bieli epatuje. Nie ma w tym filmie subtelności, cóż z tego, że jest klimat. Ciągle te męskie ryje i "Tetro petroczini" (czy jakoś tak) powtarzane w nieskończoność przez jedną z dwóch męskich twarzy palących papierochy Obrzydlistwo. Nie wiem, ja w ogóle nie trawię Coppoli z tego jego fetyszyzacją męskich ryjów i dusznym, zawikłanym kinem patetycznej akcji: na Ojcu Chrzestnym zasnąłem, na tym filmie zaś musiałem zażywać ogromne dawki tabaki, aby przeżyć do końca ZBYT długiego filmu. Natomiast scena konfrontacji Tetra ze ścianą Patagońskiego lodowca - wspaniała. Ale toby było na tyle.