Nocne Tokio na sterydach. Miasto przemocy i deprawacji, tkwiące w szponach miejscowych gangów-plemion trzęsących „okupowanymi” dzielnicami i brutalnie egzekwującymi nieprzekraczalność granic terytorialnych. Tutaj konflikty rozwiązuje się nie tylko przy pomocy broni palnej, ale również kopnięć z półobrotu i przez słowną nawijkę. A raczej, to przede wszystkim przez żonglowanie słowami i szlachtowanie ciętymi zdaniami. Znaczy się: Nocne Szaleństwo w tym roku roku zaatakowało widownię rapującymi japońskimi gangsterami.
Tutaj jest wszystko. Kiczowata, ale zrobiona z rozmachem, scenografia. Skośnoocy mafiozi wymachujący złotymi pistoletami, krzywiąc się przy tym nadekspresywnie. No i hip hop. Dużo, duuuużo hip hopu. Wszystkiego zresztą jest tu dużo i niekoniecznie jest to dobre dla filmu. Może inaczej – wszystkiego jest tu dużo, ale ilość nie przechodzi w jakość. Sceny walk nie są ciekawie zaaranżowane. Rapowe nawijki są dość przeciętne, aczkolwiek kawałek Tokyo Tribe wpada w ucho i towarzyszył mi już do końca dnia. Równie słabe są podkłady muzyczne. A fabuła to już taka klasyczna japońska jazda bez trzymanki. Na każdy jeden przezabawny motyw jest kilkanaście innych czerstwych. W efekcie, film po godzinie zaczyna się już chwilami dłużyć, a to przecież dopiero połowa historii.
Całość jest jednak na tyle pozytywnie walnięta, żeby bezboleśnie dociągnąć do końca seansu, zwłaszcza w towarzystwie rozluźnionej festiwalowej publiczności.
Więcej recenzji i innych materiałów o kinie:
https://facebook.com/profile.php?id=548513951865584