Nie czytałem książki, ale film to jeden wielki montażowy pirdolnik, w którym nie wiadomo o co chodzi. Gdyby nie świetna muzyka Tangerine Dream (nigdy wcześniej nie słuchałem ich kompozycji, ale kiedyś rozważę zainteresowanie ich twórczością) taka w klimacie Vangelisa czy Jeana-Michela Jarre'a to ocena byłaby zapewne mniejsza, ale pojawia tutaj zasadniczy problem z nią związany - bowiem nie pasuje ona zupełnie do czasu akcji fabuły. Zresztą to nie pierwszy film jaki oglądam, który ma coś takiego i też jest z lat 80 a mianowicie: Zaklęta w sokoła.