W pół drogi/film/W+p%C3%B3%C5%82+drogi-2011-6169872011
Pressbook
Reżyser o filmie
Miniony rok nie był łatwy dla mnie i niektórych z moich najbliższych przyjaciół. To był czas rozstań, separacji i niepokoju. Te bardzo osobiste odczucia stworzyły główny ton filmu. Niektórzy z moich przyjaciół osobiście zetknęli się ze śmiercią, a przez słuchanie ich opowieści w jakiś sposób dzieliłem z nimi to doświadczenie. W tym kontekście byłem zdumiony, jak mało nasze społeczeństwo myśli o śmierci. A przecież to jedyne, czego naprawdę możemy być pewni: to dotyczy nas wszystkich i może wpłynąć na nasze życie w każdej chwili. Ale wolimy odkładać ten temat na bok i dalej zajmować się naszą codziennością. To samo odnosi się do kina: pokazujemy na ekranie nagłe i szybkie zgony, nie pokazując jednak, co śmierć oznacza dla zaangażowanych osób. Albo ukrywamy śmierć za melodramatyczną konstrukcją, jak słynna ostatnia podróż nad morze itp., która odciąga uwagę widza od istoty sprawy. Dla nas było bardzo ważne, aby w filmie trzymać się codziennego doświadczenia i prawdziwie pokazać proces odchodzenia; spojrzeć w przepaść, ale także zatrzymać się przy lżejszych momentach. Co tak naprawdę oznacza dla człowieka, jego rodziny i przyjaciół, kiedy śmierć staje na ich drodze i burzy wszystkie życiowe plany. Tytuł filmu jest po prostu metaforą opisującą sytuację Franka i jego rodziny. Nagle cały ruch ustaje, a ty musisz znaleźć swoją drogę na nowym, nieznanym obszarze.
Prasa o filmie
Odważny, świetny film. "ZDF Heute Journal" Istnieją dziesiątki powodów, aby unikać tego filmu, ale są też dwa powody, by go obejrzeć. "W pół drogi" jest po prostu wspaniały i sprawia, że jego widzowie umacniają się jako ludzie. "Der Spiegel" Szczery do bólu, wstrząsający film. (...) Andreasowi Dresenowi udało się zrobić film o śmierci, który daje nam radość bycia przy życiu. "ZDF ASPEKTE" Historia tak prawdziwa, jak można oczekiwać od Andreasa Dresena - tak fascynująca, że każdy chciałby zaryzykować zrobienie takiego filmu. "ABENDZEITUNG" To do tej pory najlepszy film Andreasa Dresena. "DIE WELT" Emocjonalna siła, jakiej długo nie widziano w filmie... Milan Peschel w roli więźnia śmiertelnej choroby okazuje się jednym z najbardziej intensywnych i odważnych aktorów swojego pokolenia. "Spiegel Online" Dlaczego mielibyśmy oczekiwać tego filmu? Ponieważ ten film... być może niesie nam pocieszenie. Bo czasami swoim czarnym humorem przeciwstawia się śmierci... Bądźmy wyrozumiali dla ludzi. Szczęście jest tak kruche. "Braunschweiger Zeitung" Prawdziwe odzwierciedlenie rzeczywistości, znane w tej formie, wraz z absurdalnym czarnym humorem, raczej z najlepszego brytyjskiego niż niemieckiego kina. "Neue Züricher Zeitung" Podejście tego filmu do tematu śmierci zawsze pozostaje trzeźwe, nigdy nie rozkoszuje się cierpieniem, nigdy nasze zabiega o nasze współczucie. "Hamburger Abendblatt" Traktuje temat z wielką wrażliwością i uczciwością. "Frankfurter Rundschau" "W pół drogi"Andreasa Dresena zaczyna się typowo. Poznajemy Franka, czterdziestoletniego mężczyznę prowadzącego niezwykle ustabilizowane życie. Praca, rodzina, dzieci, dom – wszystko jest w porządku i na swoim miejscu, dopóki do tej układanki nie dochodzi rak mózgu wykryty u mężczyzny. Dresen jednak nie podąża utartym szlakiem sentymentalizmu, bliższa jest mu szczerość i uczciwość dobrze znana z kina tworzonego choćby przez Mike’a Leigha. Frank składa swoje przeżycia w dziennik, który pozwala mu na krótszą lub dłuższą chwilę oswajać cierpienie. Ale nie tylko on jest obiektem zainteresowań reżysera. Z porównywalną fascynacją Dresen przygląda się całej rodzinie Franka, zwłaszcza żonie, Simone. Wraz z chorobą męża ich relacje nabierają dynamicznego tempa, chwiejąc się między miłością a nienawiścią, opiekuńczością a egoizmem. Cierpliwe poszukiwanie piękna w ich związku reżyser uzyskuje tropiąc czułe gesty między małżonkami, doskonale wiedząc, że one będą miały największą siłę rażenia, uzmysławiając tragizm położenia całej rodziny. Urszula Lipińska: Małe radości, wielkie tragedie, 18. Lato Filmów, portalfilmowy.pl
Reżyser o realizacji filmu
Diagnoza To zadziwiające, ale tak naprawdę wcale nie chciałem nakręcić sceny, która otwiera mój film. Znamy tę sytuację wystarczająco dobrze z wielu innych produkcji: lekarz pokazuje prześwietlenie i wypowiada niszczycielską diagnozę. To zwykle trwa dwie minuty. Jednak potem pomyślałem, że pokazanie tego momentu w sposób jak najbardziej realistyczny mogłoby pomóc mi i aktorom. Doktor we "W pół drogi" to prawdziwy lekarz i diagnozuje takie przypadki 2-3 razy w tygodniu, dokładnie w tym samym pokoju, przy tym samym stole. Aktorzy nie poznali go wcześniej, pierwszy raz spotkali go przed obiektywem kamery. Nasza rozmowa trwała 40 minut i byłem nią głęboko poruszony. Aktorzy mieli podobne odczucia. Doktor Träger jest pełen empatii wobec swoich pacjentów. Długie chwile ciszy, kiedy dawał nam czas na zrozumienie sytuacji, były przytłaczające. Cisza pozwala zapanować nad poczuciem bezradności, zrozumieć, co się dzieje i przygotowuje do zadawania pytań. Telefon, który odzywa się w tej scenie, był częścią rzeczywistości. Jego dzwonek odezwał się dokładnie w tym momencie. W szpitalu jest wielu chorych, wiele nagłych przypadków i neurochirurg musi być pod telefonem w każdej chwili. Całkowita improwizacja Nasz film nie miał scenariusza w klasycznym sensie. Dialogi były całkowicie improwizowane przez aktorów. Na etapie przygotowań do filmu Cooky Ziesche i ja przez kilka miesięcy prowadziliśmy badania dotyczące ciężkich chorób. Na przykład długo rozmawialiśmy ze zwolennikami hospicjów, a także lekarzami i osobami osieroconymi przez najbliższych. Nagraliśmy każdy wywiad, sporządziliśmy bazę danych, którą omawialiśmy później z aktorami, a następnie z całym zespołem. W ten sposób stworzyliśmy filmowe postacie i opracowaliśmy harmonogram scen, szkicując w nich pewne konkretne sytuacje. Stał się on później naszą podstawą pracy na planie, już kiedy kręciliśmy rzeczywiste sceny. Mieliśmy bardzo mały zespół, złożony z zaledwie siedmiu osób. W niektórych ustawieniach było nas na planie tylko troje, co tworzyło bardzo przyjazne środowisko, gdzie można było się całkowicie otworzyć, bez strachu czy zakłopotania. Dzieci Dzieci w filmie grają doskonale. Jestem bardzo zadowolony z ich występów. One były naprawdę wyluzowane i świetnie dotrzymywały kroku dorosłym aktorom. Odkąd ustaliliśmy, że postać córki Lili będzie nurkować, obejrzałem wszystkich sportowców z tej grupy wiekowej w Berlinie. Były tylko cztery dziewczynki. Lilli zrobiła na mnie największe wrażenie. Była bardzo precyzyjna, a do tego tak pełna wyobraźni! Może jej wyrazistość i dojrzałość miały coś wspólnego z faktem, że ona też miała podobne doświadczenie w swojej rodzinie. Ostatni wers w filmie jest jej autorstwa. Mikę - młodsze dziecko - znaleźliśmy przez agencję castingową. Zauważyłem od razu, jak otwarcie, także fizycznie, wszedł w relację ze swoimi partnerami. Oczywiście dzieci wiedziały, o czym jest nasza historia, ale zawsze rozmawialiśmy tylko o poszczególnych sytuacjach. Ponieważ większość scen kręciliśmy chronologicznie, dzieci mogły bardzo dobrze osadzić się w swoich rolach. Podobnie jak ich dorośli partnerzy, same wymyślały też swoje teksty w zależności od sytuacji i reagowały spontanicznie. Autentyczny personel medyczny Film jest szczerym, realistycznym, ale też emocjonalnym spojrzeniem na sytuację śmierci, choć - na szczęście - ta historia nie pochodzi z mojego osobistego doświadczenia. 10 lat temu mój ojciec zmarł w wyniku guza mózgu. Ale w jego przypadku wszystko odbyło się zupełnie inaczej, niż to się dzieje w naszym filmie. "W pół drogi" jest oparte głównie na opisach ludzi, których spotkaliśmy podczas przygotowań do filmu i osobistych doświadczeniach członków zespołu. I oczywiście na atmosferze, którą stworzyli na planie prawdziwi lekarze i pielęgniarze. Cały personel medyczny w naszym filmie jest bowiem autentyczny, nie ma aktorów. Lekarze i pielęgniarze zawarli w tej historii swoje własne doświadczenia. I byli dla nas punktem odniesienia, mówili nam, czy to, co wymyśliliśmy w jakiejś scenie, przystaje do rzeczywistości. Dla aktorów, jak również dla mnie praca z nimi była wielkim wyzwaniem, ale też dużą pomocą. Domowa opieka Podczas przygotowań do filmu trafiliśmy na różne przypadki. Część rodzin zdecydowała się zatrzymać chorą osobę w domu i nie wysyłać jej do szpitala czy hospicjum, żeby tam umarła. System opieki domowej w Niemczech, szczególnie w Berlinie, jest bardzo dobrze rozwinięty. Są lekarze specjalizujący się we wspieraniu ludzi, tak jak to pokazaliśmy we "W pół drogi". Pożegnanie z członkami rodziny w intymnym środowisku jest dla chorego wielkim błogosławieństwem, a do tego ta tradycja rozwijała się przez wieki. Dopiero uprzemysłowienie, handel chorobą i śmiercią, m.in. na ekranie, spowodowało wielką alienację chorego. To również z tego powodu nie patrzymy na śmierć jako naturalną część naszego życia. Solidarność i godność Elisabeth Kübler-Ross opisała 5 etapów umierania: izolację, gniew, negocjacje, depresję i akceptację. Nasza historia również znajduje się w tym obszarze, nawet jeśli granice pomiędzy poszczególnymi etapami nie są ustalone tak wyraźnie. W tak dramatycznym momencie życia ludzie przechodzą przez różnego rodzaju stany emocjonalne, co znajduje odzwierciedlenie w poszczególnych sytuacjach. Czułość przeplata się z rozpaczą, wisielcze poczucie humoru ze smutkiem, poczucie bezradności splata się z empatią. Podczas zdjęć stałem się bardziej świadomy tego, jaką wartością jest rodzina, jak potężną siłą jest rodzinna solidarność. Mimo całej tragedii Frank nigdy nie jest sam. Wraz z rodziną stawia czoło swojemu przeznaczeniu. W naszej historii chodzi o to, by pokazać, że można zachować solidarność i godność w obliczu rozpaczliwej sytuacji.