Gdzie diabeł nie może...

Kobieta-ksiądz i skonfliktowany ze światem nastolatek-morderca... Z początku zapowiada się mroczne kino psychologiczne na pograniczu thrillera. Niestety, im dalej w las, tym bardziej klarowny staje się fakt, iż cała historia stworzona została pod gotową tezę. Łzawe retrospekcje z przeszłości udręczonego zbrodniarza-wrażliwca psują cały klimat i działają niczym uderzenie łopatologicznym obuchem w łeb. Chcecie wiedzieć, dlaczego bohater jest taki, jaki jest? Proszę bardzo: ciężkie dzieciństwo, rozłąka z ukochanym dziadkiem, miłość do "mówiącego" kota (!). Psychologia, jaką się nas raczy jest równie toporna, co naiwna i infantylna. Postaci to tylko kukiełki w rękach reżysera, a relacje między nimi ciekawe były chyba tylko na papierze. Co interesujące, "I lossens time" to dzieło nie jakiegoś tam studenta szkoły filmowej, ale doświadczonego reżysera. Efektem finalnym jest zaś produkcja niedojrzała, operująca wyświechtanymi banałami, niuansów unikająca jak ognia.

3
  • Zgadzam się, też jestem mocno rozczarowany. 5/10 dałem za klimat. W każdej scenie z tym chłopakiem ma się wrażenie, że niczego nie można przewidzieć. Poza tym wszystko robi się ckliwe i podlane enigmatycznym bełkotem.

  • Raczej był taki jaki był i zabił, bo bóg mu kazał. Nie dlatego, że łączyła go miłość z dziadkiem, którą potem mu zabrano, ale dlatego, że dziadziuś na siłę boga mu wciskał. Plus matka patologiczna. Jeśli już w ogóle lubię filmy, gdzie chcą pomóc ci uwierzyć koniecznie, to wolę takie refleksje jakie miała na końcu filmu ta pastorka, niż pitolenie wyświechtanych dogmatów.
    Diagnoza psychologiczna zaś może być czasem ot tak prosta i nieskomplikowana, bo przyczyny takiego zachowania w większości przypadków leżą właśnie w dzieciństwie i nie ma co kombinować.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: