Wlasnie dzis bylam w kinie...Japonia, XIX wiek.
Zatoichi - niewidomy tułacz, który zarabia na zycie jako masazysta i uprawiając hazard.
Zatoichi - mistrz miecza, obdarzony błyskawicznym refleksem i cięciami zapierającymi swą precyzją dech w piersiach. Film mi sie podobal, chociazby dlatego ze czuje sie ta "odleglosc" od kina amerykanskiego. Niektorzy moga miec zazle, ze glowny bohater prawie sie nie odzywa, z wiecznie pochylona glowa...dla mnie jednak jest to symbol swego rodzaju madrosci, pokory. bohater staje sie przez to bardziej tajemniczy i uduchowiony. Jest wiele scen walki, ale nie jest to jednak tępa i bezsensowna "rzez". muzyka jest niezwykla, jest ciekawie dobrana, najpierw jako tlo, by ostatecznie, kiedy to cala wioska zaczyna stepowac w rytm bicia bebnow (...jak Safri duo...hehe)! "ogarnac" caly film i "przejac" nad nim kontrole a caly film przeradza sie jakoby w musical! swietne! podobalo mi sie i tak bardzo wpadlam w rytm ze wychodzac z kina podskakiwalam sobie...niestety jako jedyna. polecam goraco!

Filmweb A. Gortych Spółka komandytowa
Do_you_know_real_W

no mnie sie nie wydaje żeby istaniała jakaś wielka "odległość" między kinem amerykańskim (podejrzewam, że masz na myśli produkcje klasy b, a nie np. europejsko-amerykańskiego formana czy artystyczno-komercyjnego tarantino) a zatoichim. a oto moje argumenty:
1. banalna fabuła - bo nikt mi nie wmówi, że idea obrony miasta przed "tymi złymi" jest w kinie oryginalna
2. milczący bohater właśnie - niczym typowy twardziel
3. krew lejąca się po ekranie dzięki efektom specjalnym
4. niemała (ale i nieduża) dawka humoru
5. dla nas, "ludzi zachodu", już samo osadzenie akcji w dawnej japonii może wydawać się mało komercyjne, jednak nie zapominajmy, że jest to film nakręcony przez japończyka właśnie, a główny bohater to u nich postać kultowa niczym james bond, indiana jones czy han solo na naszej półkuli.

no i p. s. film mi się podobał. z całą pewnością ma zacięcie artystyczne o czym świadczą wspomniana przez ciebie muzyka i sceny musicalowe oraz zdjęcia.

ajrisz

a jednak Ci sie podobalo! jestem tu nowa ale zauwazylam ze lubiane jest tu wyliczanie! hehe! nie bede negowac kazdego twego argumentu, jeden po drugim, bo nie w tym rzecz! jedynie to moze chcialabym cos napisac apropo argumentu nr 1 i 2:
piszesz ze banalna fabula, idea obrony miasta przed tymi zlymi, a mi sie wydaje ze po prostu ciagle jest zapotrzebowanie na wlasnie takie historie i takich bohaterow, ktorzy wyzwola nieszczesnych... ale nie widze w zatoichim nic z arystokratycznego tonu dawnych mistrzy i to wlasnie go wyroznia! ale co tam sie bedziemy klocic! wazne ze film ci sie podobal! ;-)! pozdroo

Do_you_know_real_W

nie miałam zamiaru kłócić się :).
owszem, może zapotrzebowanie jest, ale nie zmienia to faktu, że fabuła jest banalna.
no i nie do końca zrozumiałam, co miałaś na myśli pisząc "arystokatyczni mistrzowie", bo jeśli masz na myśli np. kurosawę to wydaje mi się, że ciekawym wyda ci się fakt, iż ten reżyser wysłał przed smiercią list to kitano i napisał w nim, że zostawia kino japońskie właśnie jemu.

p.s. wyliczanie jest bardziej akonomiczne i nie wymaga zbyt wiele wysiłku intelektualnego - dlatego je lubię :)

ajrisz

dzieki za ciekawostke...fakt, nie wiedzialam o tym liscie... thx! pozdrowka!

czekam na dalsze komentarze na temat tego filmu!

ajrisz

dzieki za ciekawostke...fakt, nie wiedzialam o tym liscie... thx! pozdrowka!

czekam na dalsze wasze komentarze na temat tego filmu!

Do_you_know_real_W

Ciężko mi się zgodzić z argumentem, iż "Zatoichi" jest filmem "popowym" czy tez komercyjnym. Owszem. Kitano zabrał się za niesłychanie "popowego" japońskiego bohatera, ale ukazał go bardzo nietypowo, z ogromnym przymrużeniem oka. Jest to postać wyrysowana niesłychanie grubą kreską i przyznam szczerze, że raczej bawi, niż wzbudza uczucie, że mamy do czynienia z ponurym ex-Yakuzą, który nie potrafi poradzić sobie ze swoja własna przyszłością, od której nie potrafi się uwolnić (w filmie kitano jest tylko jedna scena, która może wzbudzać takie skojarzenia). Pamiętam wszystkie serialowe epizody oraz filmy sprzed lat, gdzie bohaterem był ów niewidomy szermierz i wyglądało to zupełnie inaczej.
Poza tym, choć jest w filmie swego rodzaju sztampowa fabuła, to jednak nie ona jest najwazniejsza. Raczej detale, delikatne żarciki z tradycjnego samurajskiego kina (zauważalne niestety w większościi dla znawców gatunku), pastisz, musicalowe elementy, które pasują do samurajskiego dramatu jak pięść do oka, a jednak w "Ztoichim" bawią i cieszą oko. Do tego filmu nalezy podejść z dystansem. Jak myślicie?