Przyznam szczerze, że co roku gdy zbliża się grudzień, sprawdzam nerwowo programy tv wszystkich stacji w poszukiwaniu dwóch kultowych, świątecznych sztandarów: "Kevin sam w domu" i może bardziej sylwestrowy hicior "Dirty dancing". Czy wam też sentyment z dzieciństwa nie pozwala oprzeć się stwierdzeniu, że "bez Kevina świąt ni ma"?