Bartosz Czartoryski

Rozmawiamy z Paulem Ruddem, gwiazdą "Ant-Mana i Osy"

Wywiad
/fwm/article/Rozmawiamy+z+Paulem+Ruddem%2C+gwiazd%C4%85+%22Ant-Mana+i+Osy%22-129336 Getty Images © Joe Raedle
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/P%C5%82acz+Buffona-127644

Płacz Buffona

GORĄCZKA ZŁOTAPodziel się

Życie zawodników Juve wygląda w serialu "Pierwszy zespół" na od początku do końca zaplanowane.

Jeśli w serialu "Pierwszy zespół: Juventus" oglądamy jakąś prawdę, to najczęściej niestety tę, którą wypiekli spece od marketingu. (...) Życie zawodników Juve wygląda na od początku do końca zaplanowane. Wypełniają je treningi, przejazdy, mecze i inne obowiązki wobec klubu, czasem niewiele mające wspólnego ze sportem.


***

W cudownej książce "Wembley, Wimbledon" Wiktora Osiatyńskiego, wznowionej niedawno po bez mała pół wieku, znalazłem chyba najciekawszą i najdziwniejszą myśl, jaka padła z ust sportowca. Na pytanie zadane przez Osiatyńskiego: "Co panu dał tenis? Czego pana nauczył?", australijski tenisista, John Newcombe odpalił: "Widzi pan. To są dwie rzeczy. Jak zacząłem naprawdę grać, to szybko doszedłem do wniosku, że każda piłka jest ważna. I zaraz do  drugiego. Że tak naprawdę to żadna z nich nie jest najważniejsza. Ani piłka, ani gem, ani mecz. I to mi zostało. Myślę, że tak jest w życiu". Przypomniały mi się te słowa, gdy usłyszałem, jak Gianluigi Buffon – legenda i pomnik – zagadnięty przez młodych dziennikarzy o to, czy zdarza mu się płakać, odpowiedział: Tak, płaczę, nawet często. I zaraz dodał, że nigdy z powodu meczu. Cała ta scena rozgrywa się w serialu dokumentalnym "Pierwszy zespół: Juventus". Dużo sobie po nim obiecywałem, bo uwierzyłem zapowiadającym go hasłom reklamowym, które głosiły, że oto po raz pierwszy w historii kamera zajrzała tam, gdzie nigdy nie zaglądała. Że udało się złapać całą prawdę o współczesnym futbolu, która jest równocześnie całą prawdą o Starej Damie, jednym z najbardziej utytułowanych włoskich zespołów.

Jeśli oglądamy tu jakąś prawdę, to najczęściej niestety tę, którą wypiekli spece od marketingu. Dwa rzędy klaserów z pocztówkami z Turynu: panorama miasta z charakterystyczną wieżą Mole Antonelliana, kawiarniane ogródki, uśmiechnięci przechodnie, szczęśliwi właściciele skuterów, tętniące życiem ulice, eleganckie sklepy i niezaśmiecone parki, wreszcie potężne Stadio delle Alpi, a nad nim, jeszcze potężniejsze, pokryte śniegiem szczyty Alp. Pocztówkom towarzyszy głos lektora, który zachowuje się tak, jakby oglądał koniec świata, a to tylko mecz ligowy; opowiadający ze śmieszną emfazą nawet o najmniejszych bzdetach. Wreszcie piłkarze – filmowani zbyt często w slow motion, gdy podbijają piłkę i mówią, że zawsze marzyli, żeby grać w Juve, bo to wielki zespół, z tradycjami. Że przyszli tu, żeby walczyć o trofea. Że najważniejsze w ich życiu jest to, żeby wygrywać i że nade wszystko chcą ciągle podnosić swoje umiejętności. Jednym słowem – film jak bardzo długa konferencje prasowa Adama Nawałki, który do perfekcji opanował kulturalne komunikowanie pełnymi zdaniami niczego. Wzbogacona fragmentami z meczów włoskiego zespołu, nakręconymi pod dziwnym kątem, tak że niewiele widać, a jeśli nawet, to na pewno mniej niż w tradycyjnych skrótach.

Oglądając "Pierwszy zespół", trudno nie wracać do książki "Wembley, Wimbledon", bezpretensjonalnej i bezpośredniej.
Jakub Socha
Oglądając "Pierwszy zespół", trudno nie wracać do książki "Wembley, Wimbledon", bezpretensjonalnej i bezpośredniej. Jak głosi jej tytuł, nie jest to tylko książka o tenisie, ale i o futbolu. Część piłkarska osnuta została wokół słynnego zwycięskiego remisu na Wembley. Wiktor Osiatyński, który nie był profesjonalnym dziennikarzem sportowym, tylko specjalistą od prawa konstytucyjnego i historii doktryn politycznych, udowadnia, że nie trzeba się jakoś specjalnie znać, żeby ciekawie opowiadać o sporcie. Co więcej, udowadnia, że w zasadzie lepiej się nie znać, bo wtedy ma się po prostu bardziej otwartą głowę. Osiatyński robi wszystko, żeby zmniejszyć dystans i zbliżyć się do sportowców, a potem przebić się przez powłokę i dojrzeć w tych sportowcach, tak, tak, ludzi (Mówiąc "wszystko", mam na myśli także to, że gra kartą "laika", który przypadkiem znalazł się wśród profesjonalistów). Udaje mu się to bez większego problemu, choć pewnie duża w tym zasługa także konkretnych czasów. Czasy są takie, że Osiatyński berze książkę telefoniczną, szuka w niej numeru do Alfa Ramseya, trenera Anglików, a potem po prostu wykręca jego numer. Ramsey słyszy dzwonek i podnosi słuchawkę, następnie mówi, że jest zakatarzony i prosi, żeby zatelefonował później. Są lata 70., piłkarze już zaczęli zarabiać na życie kopaniem piłki, ale jeszcze nie tyle co dzisiaj. Pewnie im się nawet nie śnił Instagram oraz spece od wizerunku. Osiatyński łapie ich, gdy siedzą załamani i zmęczeni w szatniach, zadaje im bezpośrednie pytania, a oni starają się szczerze na nie odpowiedzieć. Jednym słowem – toczy się rozmowa. Dzisiaj raczej niemożliwa. 

Nie da się jednak żyć ciągłą nostalgią, a już życie nostalgią za czasami, których się nie pamięta, w ogóle wydaje mi się dziwne. Wróćmy więc do "Pierwszego zespołu" – nie jest przecież tak, że nie da się w nim znaleźć niczego ciekawego i nie mam tu na myśli tylko tego, że Gonzalo Higuaín w trakcie wywiadu prezentuje swoje tatuaże i popija yerba mate. Ani scen, w których poznajemy panów, którzy dbają o murawę, i panie, które piorą piłkarzom stroje. Widać, że zależało twórcom, żeby nadać całości cech jakby bardziej ludzkich, stąd pewnie te momenty, gdy pojawiają się szeregowi pracownicy klubu. Niestety te "ludzkie sceny" też wydają się wyreżyserowane. Nie inaczej jest z tymi, w których oglądamy piłkarzy w ich domach. Claudio Marchisio pokazuje, jak przyrządzić doskonałe espresso; Federico Bernardeschiego poznajemy w momencie, gdy bierze lekcję gry na gitarze, a potem przechadza się po swoim pałacu ze swoimi dwoma mopsami, by zatrzymać się przed podarowaną mu przez ojca szachownicą, na środku której piłkarz trzyma dzbanek do herbaty; jedynie Miralem Pjanić zachowuje się u siebie całkowicie normalnie – po prostu kopie piłkę ze swoim synem w salonie.

Życie zawodników Juve wygląda na od początku do końca zaplanowane. Wypełniają je treningi, przejazdy, mecze i inne obowiązki wobec klubu, czasem niewiele mające wspólnego ze sportem. Najlepszym przykładem tych obowiązków jest eskapada dwóch zawodników, którzy prywatnym odrzutowcem lecą do jednego z europejskich miast na promocję nowej kolekcji ubrań sportowych, odbywającą się po prostu w sklepie. Albo scena, w której zawodnicy, ubrani w grube swetry z reniferami, nagrywają reklamę świąteczną. Widzimy ich, jak siedzą przy stole i czekają na świętego Mikołaja, w którego wciela się Buffon. Bramkarz zjawia się na planie jako ostatni, słucha kilku uwag reżysera, a następnie, niczym profesjonalny aktor, wchodzi i odgrywa scenkę. Łatwość, z jaką mu to przychodzi, każe zupełnie inaczej myśleć o scenie, w której przyznał się do płaczu. Może tamten moment szczerości był po prostu kolejnym aktem przedstawienia, które Buffon, stary wyga, świadomy praw rządzących współczesną piłką, sam reżyseruje? Więc gdzie jest ten element ludzki? Coś spontanicznego? Czy są nim tylko rozpaleni do białej gorączki kibice albo dzieciaki ze szkółki piłkarskiej, których odwiedzają ich idole i które patrzą na nich w niewystudiowanym oniemieniu?

Kto oglądał niedawny rewanżowy mecz między Juventusem a Tottenhamem, ten będzie wiedział, gdzie szukać prawdziwych zaskoczeń. Tak, znaleźć je można na boisku, w samym meczu. Oto przyparty do muru włoski zespół, nie potrafiący poradzić sobie z londyńczykami, jedną nogą już za burtą Ligi Mistrzów, wykonuje dwie niespodziewane i kapitalne akcje, po których padają dwie bramki, dające im awans do ćwierćfinału. Tego nie dało się wyreżyserować.
30