W menu: burżuazyjny all inclusive do samego końca. Film, w którym sytość przestaje być przyjemnością, a zaczyna wyglądać jak bardzo francuski sposób na samozagładę.
W menu: rodzinny obiad z mięsem niewiadomego pochodzenia i uśmiechem taty, który wie za dużo. Przedmieścia lat 50., ale pod idealnym sosem czai się coś mocno nieświeżego.
W menu: zemsta à la carte, podana na srebrze, w czerwonym świetle i z klasową pogardą zamiast przypraw. Haute cuisine, ale z kuchni, w której piekło ma gwiazdkę Michelina.
W menu: tradycja rodzinna, której nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby odziedziczyć. Film o tym, że niektóre przepisy powinny umrzeć razem z babcią.
W menu: mały biznes, wielkie marzenia i klientela, która kończy jako koszt uzyskania przychodu. Czarna komedia o gastronomii przedsiębiorczości — najpierw zabijasz nudę, potem gości.
W menu: jedyny film z tej listy, po którym człowiek może naprawdę zgłodnieć bez poczucia winy. Niebiańska kolacja wrzucona między piekielne dania jako mały gastronomiczny akt łaski.
Delicatessen W menu: postapokaliptyczna kuchnia sąsiedzka, gdzie wszyscy znają rzeźnika trochę zbyt dobrze. Urocze, makabryczne i chrupiące jak bagietka zrobiona z czyichś tajemnic.
W menu: ciało, głód, sport, obsesja i rodzinna tradycja podana w trzech obrzydliwych aktach. Film jak degustacja, po której sommelier zaleca płukanie oczu.
W menu: randkowanie w czasach aplikacji, ale tym razem naprawdę jesteś czyimś typem. Horror o rynku mięsnym potraktowanym z niepokojąco dosłowną konsekwencją.
W menu: dziecięcy sen o jedzeniu z nieba, który po chwili wygląda jak katastrofa klimatyczna z sosem. Najbardziej niewinna pozycja listy, ale jednak makaron spadający z chmur to nie jest stabilna polityka żywieniowa.
W menu: wojskowy gulasz z pogranicza, doprawiony śniegiem, głodem i kanibalistyczną filozofią przetrwania. Western, po którym hasło „co nas nie zabije, to nas wzmocni” brzmi wyjątkowo podejrzanie.
W menu: pierożki młodości, których skład powinien być objęty tajemnicą śledztwa. Film o tym, że pogoń za wieczną świeżością czasem kończy się daniem, którego nie uratuje nawet sos sojowy.
W menu: deser kapitalizmu — biały, słodki, uzależniający i absolutnie nie do końca martwy. Jogurtowy koszmar konsumpcjonizmu, po którym człowiek zaczyna podejrzliwie patrzeć na nabiał.
W menu: elegancka kolacja bogaczy z przystawką z klasowej buty i daniem głównym z zemsty ziemi. Folk horror, który przypomina, że nie wszystko da się kupić, sprzedać i podać na porcelanie.
W menu: bankiet elit, na którym metafora pożerania biedniejszych przestaje być metaforą i zaczyna chlupać. Film tak obrzydliwy klasowo i dosłownie, że widelec sam prosi o azyl polityczny.
W menu: golenie, zemsta i paszteciki z wyjątkowo lokalnego źródła białka. Gastronomia rzemieślnicza z epoki, w której „zero waste” znaczyło coś zupełnie bardziej niepokojącego.
W menu: roślina doniczkowa na diecie wysokobiałkowej. Musical o tym, że czasem marzenia trzeba podlewać krwią, a florystyka bywa branżą podwyższonego ryzyka.
W menu: sushi, które nie tylko wraca na taśmę, ale też rzuca się do gardła. Japoński absurd, w którym ryż, ryba i zemsta tworzą zestaw degustacyjny dla ludzi, którzy za bardzo ufają pałeczkom.
W menu: pączki z laboratorium, lukier z radioaktywnego przypadku i kalorie, które naprawdę zabijają. Idealny film dla każdego, kto zawsze podejrzewał, że donut patrzy na niego pierwszy.
W menu: piernikowy morderca z duszą seryjnego zabójcy i aromatem świąt, które poszły bardzo źle. Ciasteczkowy potwór dla tych, którym „Kevin sam w domu” jest za mało patologiczny.
W menu: fast food zbudowany tam, gdzie zdecydowanie nie powinno się stawiać budek z kurczakiem. Zombie-drobiowy musical od TromY, czyli panierka, krew i antykorporacyjna niestrawność.
W menu: naleśniki, które wstały z patelni i uznały, że śniadanie jest najważniejszą rzezią dnia. Cursed diner, killer food i pancakepokalipsa — brzmi jak film wymyślony przez kogoś, kto zasnął twarzą w syropie klonowym.
W menu: kromki chleba oblężniczego. Krótkometrażowa parodia „Night of the Living Dead”, tylko zamiast zombie masz pieczywo, które najwyraźniej zbyt długo leżało w złej atmosferze.
W menu: makaronowa apokalipsa, człowiek-maccheroni i rebelia węglowodanów. Animowany horror-komedia dla tych, którzy zawsze wiedzieli, że pasta może być al dente, ale niekoniecznie martwa.
W menu: indyk, który nie czeka na Święto Dziękczynienia, tylko sam kroi gości. Ultra-tani, ultra-głupi slasher, w którym drób ma więcej osobowości niż większość bohaterów.
W menu: skażone nuggetsy, szkolna stołówka i dzieci zamieniające się w zombie. Film, który potwierdza najgorsze podejrzenia rodziców: lunchbox może być bronią biologiczną.
W menu: Nowa Zelandia jako spiżarnia dla międzygalaktycznej sieci fast foodów. Wczesny Peter Jackson, kosmici i człowiek jako nowość sezonowa w galaktycznym menu.
W menu: domowe paszteciki, rodzinna atmosfera i mięso z bardzo lokalnego źródła. Małe miasteczko, wielkie wypieki i przepis, którego ciocia Lee raczej nie poda w zeszycie
W menu: „wegetariańska” restauracja, która ma z etyką tyle wspólnego, co rzeźnia z wellness. Dwóch braci, kult, części ciała i gastronomia jako projekt satanistyczno-rodzinny.
W menu: catering rytualny dla bogini Isztar. Historycznie ważny splatter, kulinarnie: impreza okolicznościowa, na której naprawdę lepiej nie brać dokładki.
W menu: kuchnia mikrofalowa, małżeńska frustracja i kanibalizm z czasów, gdy sprzęt AGD miał więcej charakteru niż bohaterowie. Film, który sprawia, że odgrzewany obiad wygląda jak akt przemocy.
W menu: podziemne walki, chińska restauracja i przegrani serwowani bogatym klientom. Gastronomia ekstremalna, czyli „zjesz to, co pokonasz” w wersji absolutnie bez certyfikatu sanepidu.