Jestem absolutnie zaskoczony, jak dobrze emocjonalnie "siada" ten film, będąc zarazem totalnie byle jaką i bezbarwną produkcją (choć "z momentami" i na pewno wypada lepiej niż "wyroby" z niechlubnych początków DCEU). Niestety to wciąż tematycznie rozmyta i pozbawiona wizualnego szaleństwa adaptacja doskonałej "Kobiety Jutra" Toma Kinga i Bilquis Evely - więc już na starcie twórcy mocno zawyżyli sobie poprzeczkę. "Supergirl" to przede wszystkim popis Milly Alcock (która na dodatek ma świetną chemię z Corenswetem!), ale też sympatyczny występ Jasona Momoy w roli Lobo, co prawda ugrzeczniony i ewidentnie służący za wabik na fanów DC, ale gość po prostu urodził się do tej roli. Ot przyzwoita rozrywka superhero ze zmarnowanymi ambicjami, ale za to sercem po właściwej stronie.