Jako doktor Watson,przyjaciel Holmesa,nie był dobry. Przedstawił to postać jako naiwną,głupią i niezdarną. Wcale nie
widać przyjaźni między bohaterami. Całościowe też dobry aktor z niego nie był.
Ja czytałem, wychodziło na papierze, że był bałwanem, kalekim duchem, głuptakiem i elementem komediowym? Gdzie bo widocznie przynajmniej dwóm ludziom to już umknęło.
Na papierze przede wszystkim opisywał wyczyny swojego równorzędnego przyjaciela. Sherlock wybrał go, gdyż coś w nim widział. Jednak to bardziej Watson musiał go znosić jako geniusza i być dla niego doktorem, czasem zwalczać jego ego i nałogi, niż Holmes jego jako rodzaj nierozgarniętego zwierzątka - interpretacja Nigela Bruce'a. Watson jest światłym lekarzem, weteranem wojennym, rannym wprawdzie w Afganistanie, ale wciąż sprawnym, w młodości grał w rugby, strzela z broni lepiej i częściej od Holmesa, no i ma wciąż powodzenia u kobiet, czego Sherlock unika raczej z wyboru. Detektyw musi korzystać z jego wiedzy medycznej, jest mu niezbędna a Watson potrafi przeprowadzić śledztwo sam. W "Psie Baskerville'ów" jest zgodny fragment, iż Watson prowadzi przez chwilę sprawę sam, ale Nigel Bruce i tak niczego nie zauważa w tym filmie poza tym, że chyba kroi się ślub.
Jakby co to koniec końców okazało się, że Nigel Bruce był świadomy w jaki sposób go grał i przez to cierpiał, ale studio wymusiło tego rodzaju kontrast. Przeprosił fanów Sherlocka za ten sposób i zdecydowanie został uniewinniony. Ale nie można powiedzieć, że to najlepsza wersja dr Johna Watsona.
Widocznie dla wytwórni filmowych atrakcyjne wydaje się przedstawienie poważnego bohatera w wersji komicznej, co łatwiej ma przyswoić widz.
No, ale to było ładnych parę lat temu, i chodzi o coś innego, tamten Watson miał uosabiać widza, czyli kogoś komu trzeba wszystko wytłumaczyć, żeby za Sherlockiem albo niezbyt wnikliwym pisaniem nadążyć. Na szczęście chwilę później już nauczyli się jak to pokazywać, żeby każdy z nas miał szansę na własne wnioskowanie.