Każda rewolucja zjada swoje dzieci. W portugalskiej historii romantycznym obrazom goździków w lufie czołgu towarzyszy wspomnienie pełnego przemocy "gorącego lata 1975". Kamienie w rękach nowych hunwejbinów. Na ulicach Lizbony wyzwolenie spod władzy reżimu świętował tłum uśmiechniętych białych twarzy. Gdzie byli w tym czasie jej czarni mieszkańcy? Zamykali z lękiem okna, ukrywali się w zaroślach. "Koń Forsa" powstał, by zapomnieć o tamtym strachu powracającym w umyśle Ventury pod postacią młodego kapitana, z którym przyjdzie mu się zmierzyć w zaciszu ciasnej szpitalnej windy. W tym filmie jak we śnie albo w gorączce czas umiera, przeszłość miesza się z teraźniejszością, a śmierć z życiem. "Męska rzecz - być daleko, a kobieca - wiernie czekać..." W tę męską historię miękko jak cień albo mgła wchodzi Vitalina ze swoim wdowim żalem i kobiecym cierpieniem. Zmienia perspektywę, wprowadza uczuciowy zamęt. Kto jest więc ofiarą, kto katem? Costa mnoży niewiadome, przyznając, że sam nie wie, sam nie jest pewien, co naprawdę się tu wydarzyło.
Morning Light zamyka cykl trzech krótkometrażowych filmów Cláudii Varejão poświęconych rodzinnym (nie)spotkaniom, w których drogi nie zawsze się pokrywają, a nieoczekiwane zakłócenia niekoniecznie są wynikiem porażki. Życie codzienne kryje w sobie większe i cichsze siły, a ich zrozumienie jest często przedstawiane jako zadanie zbyt brutalne lub nawet bezużyteczne. Obserwujemy relacje między trzema pokoleniami - matką, córką i wnuczką. W gęstej rzece, która je łączy, bez wyraźnego powodu innego niż wyczerpanie, pojawia się pęknięcie.