Recenzja filmu 180 sekund (2012)
Alexander Giraldo

60 sekund i do domu

180 sekund – tyle ma filmowa szajka Zico, żeby opróżnić bankową kasę. 60 sekund – w takim mniej więcej czasie powinniśmy się zorientować, że oglądamy knota. Jeśli w porę się nie wycofamy, czeka ...
Filmweb sp. z o.o.
180 sekund – tyle ma filmowa szajka Zico, żeby opróżnić bankową kasę. 60 sekund – w takim mniej więcej czasie powinniśmy się zorientować, że oglądamy knota. Jeśli w porę się nie wycofamy, czeka nas półtorej godziny drewnianego aktorstwa, skleconego na kolanie scenariusza i wyjątkowo nudnych dialogów. Tradycja kolumbijskich oper mydlanych odcisnęła na tym filmie głębokie piętno – nie wiadomo w zasadzie, gdzie kończy się melodramat, a zaczyna ironia, bo wszystko kipi od źle pojętego efekciarstwa. Nie było czasu na przemyślenie fabuły, posklejanie do kupy zdjęć, nadanie całości charakteru – JAKIEGOKOLWIEK charakteru, bo gdyby nawet wyszedł kicz nad kicze, byłoby to lepsze od babrania się w mule. A tak mamy koszmarek – kolumbijskiego "Killera", tylko kręconego na poważnie, z zamysłem "przekraczania granic gatunku".  


Od początku widać, że reżyser "180 sekund" nie podźwignął własnych ambicji – chciał zrobić drugie "Amores Perros", zdeklasować "Memento" i zabawić się w mistrza gry, który dowolnie nagina czasoprzestrzeń. Wybór symultanicznej narracji i opowiadania retrospekcjami miał być chyba takim małym manifestem kinofila – zawsze na czasie. Problem w tym, że treść filmu w ogóle nie usprawiedliwia zastosowania tak wyrafinowanych środków wyrazu. Historyjka o skoku na siedzibę kasy oszczędnościowej jest przewidywalna od początku do końca, a skręcona jak podwójna helisa narracja utrudnia przyswajanie banałów.

Już w pierwszych ujęciach dowiadujemy się, że napad się nie udał i raczej, jak mawiał defetysta z pewnej gry komputerowej, "wszyscy umrą!". Dlaczego więc reżyser tak mocno uparł się, żeby "wymęczyć" formę? Czy chodziło o wyeksponowanie wątku miłosnego, który w innym przypadku zostałby przygnieciony nadmiarem akcji? A może to teledyskowe wstawki z szybkimi samochodami i glamourem nocnego życia Kolumbii grają pierwsze skrzypce, a reszta to tylko tło? Trudno też pominąć uproszczenia z podręczników dla początkujących scenarzystów – szajka Zico to oczywiście samo dobro (mamy się identyfikować!) i robinhoodyzm; broni nie tykają, krwią się brzydzą, więc chyba ta jucha w finale ma być główną filmową "przewrotką". Taką "kropką nienawiści" – że jednak nie wystarczą pacyfistyczne deklaracje, bo brutalna rzeczywistość skorumpowanej Kolumbii i tak wszystkich dopadnie, da w mordę i poustawia nudziarzy.

photo.title   photo.title   photo.title

To pseudoskomplikowanie jest niestety wymierzone w widza – kino sensacyjne ma przecież dawać przyjemność, nie kaleczyć zmysły. Kiedy po raz n-ty zadaję sobie pytanie, o co w tym wszystkim chodzi, kim są wprowadzane raz za razem nowe postaci, jakie miejsce w całości zajmuje kolejna scena pozbawiona puenty, cały potencjał dobrej zabawy idzie na zmarnowanie. Najdziwniejsze w filmie są chyba wszystkie te "nowoczesne" wstawki – sugestie, że bohaterowie żyją w świecie zapośredniczonym przez cyfrowe technologie i internet. Kiedy planują skok, na ekranie obserwujemy wizualizacje rodem z przedpotopowych gier wideo – ile metrów będzie dzieliło bohaterów od okienka kasy do sejfu, ile czasu zajmie im akcja, jakie mają "skille". Kompletne pomieszanie porządków, bo już za moment serwuje się nam łzawy melodramat o niemożliwej miłości hakerki i osiłkowatego siepacza. 

Reżyser chciał najwyraźniej wcisnąć tutaj wszystkie swoje fascynacje – od tzw. filmów-mózgotrzepów, które bazują na nielinearnej narracji i nagłej "przewrotce", przez klasykę gangsterskiego romansu, po stare gry wideo. Szkopuł w tym, że kino to nie sklep z zabawkami ani poligon doświadczalny dla ego. Przynajmniej nie wyłącznie – jeśli robi się film akcji, czasem trzeba mieć jeszcze na uwadze, że ktoś go później zechce obejrzeć jako film akcji. Czy to nie wystarczająca motywacja, żeby powściągnąć własne ambicje?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 62% uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 2/10 bardzo zły