Recenzja filmu Grinch (2018)
Yarrow Cheney
Scott Mosier

Błędne koło ratunkowe

Wtórny morał wyrasta na boleśnie jednowymiarowym oglądzie świata. Gdy w finale następuje spodziewana apoteoza powszechnej serdeczności, na stół wjeżdża tłusta pieczeń, na rozpakowanie czeka cała ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Grinch (2018)
W Ktosiowie bez zmian. Znów zbliżają się święta. Większość malców dawno zapieczętowała kopertę do Świętego Mikołaja. Ich rodzice odhaczają punkty z listy upominków, sąsiedzi nadziewają indyka, ktoś jeszcze stroi choinkę. Typowy grudzień? Niby tak, a jednak jakoś bardziej. Ktosiom jakiekolwiek troski pozostają obce; jeśli coś je trapi, skutecznie to ukrywają. Wysyłają uśmiechy na prawo i lewo. Rumieńce na ich twarzach świadczą nie o mrozie, ale o ferworze przedświątecznych sprawunków. Tutaj zaspa równa się lepienie bałwana i kulig, minus na termometrze oznacza zabawę na lodzie, a myśl o rachunkach za ogrzewanie przegrywa z celebracją ogniska w ceglanym kominku. Kto zna literacki oryginał tej opowieści lub widział poprzednie adaptacje książeczki Dra Seussa, ten wie doskonale, że prolog bożonarodzeniowej sielanki znajdzie przeciwwagę w knowaniach Grincha o lodowatym sercu. Im wyższa choinka, im więcej pod nią prezentów, im głośniej i radośniej śpiewane kolędy, tym więcej żółci w narzekaniach zielonego mizantropa. Kiedy żółć zamieni się w czyn, wtedy prezenty Ktosiów będą zagrożone, a szczęśliwe święta staną pod znakiem zapytania.

photo.title

Scanarzyści nie aktualizują ani nie rozwijają znanej i oklepanej historii Świętego Mikołaja a rebours. Grinch nienawidzi świąt, z ich zbytkiem, komercją i wazelinową fasadą. Wygląda jak wściekła gąsienica, która, pokryta zwiewnym futerkiem, zdradziecko prosi się o głaski. Kształty ma jednak łagodne, okrągłe oczy kryją spore pokłady człowieczeństwa. W bajce Yarrowa Cheneya i Scotta Mosiera ze świecą szukać podobieństw do drapieżnej charakteryzacji a la Jim Carrey. Jak gdyby już od pierwszych scen chciano nas uspokoić: nie bójcie się o happy end, dostrzeżcie tylko dobro kryjące się w złośliwym nieszczęśliwcu.

Dobro dobrem, ale wysłuchać Grincha to już nikt nie chce. Łącznie z tymi, którzy go napisali. O argumentach tego burzyciela świątecznego rytuału, wystrzeliwanych w stronę fanatyków konsumpcjonizmu, ostatecznie twórcy zapominają. Potencjał, jaki daje zderzenie różnych światopoglądów i postaw (życzliwość społeczności vs antykonsumpcja głównego bohatera), pozostaje niewykorzystany. A szkoda, bo znajdujemy się w miasteczku-utopii, wielobarwnej realizacji świątecznej fantazji od dekad propagowanej przez popkulturę zza oceanu. 

Animatorom ze studia Illumination Entertainment udaje się dodać do niej swoje trzy grosze. Osiedle domków w zimowej scenerii wygląda jak zestaw zdobionych lukrem i M&M'sami pierników; pociąga tak mocno, że świecidełka na chacjendzie Kevina McCallistera mogą się schować. Grincha nie dość, że nie wysłuchano, to jeszcze stworzono go z niekonsekwencji. Błyskotliwie krytykując zbytek, żyje przecież w gustownie urządzonej, przepastnej jaskini godnej bogacza. Otacza się wygodami, o jakich Inspektor Gadżet mógłby marzyć (co ma błyskotliwe zastosowanie w złodziejskim fachu). Ma także psiego kamerdynera, chyba wyjętego z kontynuacji "Sekretnego życia zwierzaków domowych". Wyzysk zwierząt generalnie ma się w "Grinchu" dobrze, co zrozumieć szczególnie trudno w świecie ułatwionej komunikacji między rasami i gatunkami – zabawnie rozgrywanej za pomocą slapsticku. Eskapistycznej konwencji brakuje pedagogicznej swobody "W głowie się nie mieści". Wtórny morał wyrasta na boleśnie jednowymiarowym oglądzie świata. Gdy w finale następuje spodziewana apoteoza powszechnej serdeczności, na stół wjeżdża tłusta pieczeń, na rozpakowanie czeka cała sterta prezentów, a nieskażone nierównością i jakąkolwiek krzywdą Ktosie zasiadają do uczty w błogiej nieświadomości, że w innych krainach może nie być już tak przyjemnie.

photo.title

Być może przykładam do bajki zbyt ciężkie działa. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że gdyby spuścić nieco powietrza z tej utopijnej bańki, wówczas nie tylko Grinch, ale i cała społeczność Ktosiów mogłaby czegoś się nauczyć, a wraz z nią – także kilkuletni widzowie. Co bystrzejszym malcom pozostaje skierować pytające spojrzenie w stronę rodziców. Ci jednak pozostaną bezradni. Wybierając się z dziećmi do kina, chcieli być jak Grinch – uciec od świątecznych trosk, mieć chwilę świętego spokoju. Nawet jednak eskapistyczne kino familijne trzeba czasem przedyskutować.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 20% uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).
Gabriel Krawczyk
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie