Recenzja filmu Endless (2017)
Justin Benson
Aaron Moorhead

Brzemię wolności

Moorhead i Benson w pierwszej połowie filmu po mistrzowsku żonglują tropami, pozwalając widzom chłonąć dziwną naturę Obozu. W swoich najlepszych momentach "Endless" przypomina "Piknik pod Wiszącą ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Endless (2017)
"Endless" zaczyna się tam, gdzie większość filmów miałoby swój koniec. Aaron (Aaron Moorhead) i Justin (Justin Benson) to bracia, którzy dorastali w sekcie czczącej na pustkowiu lokalne bóstwo. Udało im się jednak uciec i wrócić do normalnego świata. Ale to, co w innych produkcjach byłoby happy-endem, tu jest gorzkim punktem wyjścia. Po dziesięciu latach "na wolności" okazuje się bowiem, że samodzielne życie nie jest łatwe. Bracia ledwo wiążą koniec z końcem, nie potrafią też nawiązać normalnych relacji z innymi ludźmi. Starszy Justin z uporem maniaka trzyma się mimo tego przekonania, że dobrze zrobili, odcinając się od sekty. Młodszy Aaron będzie jednak z rozrzewnieniem wspominał czasy dzieciństwa i kiedy z komuny nadejdzie paczka z kasetą wideo, wykorzysta to zdarzenie jako pretekst, by przekonać brata do odwiedzin.


Tak rozpoczyna się film, który jest kolejnym w ostatnich latach przykładem udanego mariażu kina niezależnego, science fiction i horroru. Szczególnie dobrze "Endlesswypada w pierwszej połowie, kiedy Moorhead i Benson (nie tylko odtwórcy głównych ról, ale też reżyserzy) utrzymują w tajemnicy prawdziwe oblicze fabuły. Gdy bohaterowie przybywają do Obozu Arkadia, zastają sceny sugerujące raj na Ziemi. Trudno uwierzyć, że to sekta, której członkowie prawdopodobnie szykują się do masowego samobójstwa. Szybko okazuje się jednak, że nie wszystkie wydarzenia można racjonalnie wytłumaczyć. Powstaje więc wątpliwość, czy komuna ma rację, czcząc tajemnicze bóstwo, czy też odbywa się tu coś bardziej złowrogiego.

Moorhead i Benson w pierwszej połowie filmu po mistrzowsku żonglują tropami, pozwalając widzom chłonąć dziwną naturę Obozu. W swoich najlepszych momentach "Endless" przypomina "Piknik pod Wiszącą Skałą", tworząc fascynującą mieszankę arkadyjskiego piękna przyrody i nieuchwytnej Tajemnicy. Brakuje tylko Fletni Pana, by skojarzenie było kompletne.

W drugiej połowie filmu reżyserzy jednak zmieniają kierunek opowieści o 90 stopni. Rezygnują z niedopowiedzenia i powoli, systematycznie odzierają fabułę z tajemnicy, oferując niezwykłe, aczkolwiek całkiem wiarygodne wyjaśnienie sytuacji, w jakiej znaleźli się wszyscy bohaterowie "Endless". To moment krytyczny w odbiorze obrazu. Osoby, którym podobała się wcześniejsza niejednoznaczność, mogą źle przyjąć zmianę kierunku narracji. Tym bardziej że Moorhead i Benson nie bawią się w delikatność i finezyjne podprowadzanie widzów do odpowiedzi. "Endless" szybko zmienia się w dość klasyczną wizualizację gnostycznych wierzeń, tyle że ubranych w kostium SF. Natomiast przemyślenia na temat brzemienia wolności i wiary jako mechanizmu obronnego więźniów systemu, nad którym ludzie nie mają kontroli, są podawane w sposób skrajnie łopatologiczny.


Na szczęście to, co jest siłą filmu – czyli autentyczna relacja braterska łącząca dwóch  bohaterów – nie ucierpiało na wolcie fabularnej wykonanej przez reżyserów. A to dlatego, że Moorhead i Benson znają się od dawna i ewidentnie łączy ich silna przyjaźni. W trakcie prac na planie udało im się ją zachować. W ten sposób nie ma w filmie nawet krzty sztuczności. Moorheadowi należą się dodatkowe pochwały za to, jak pracował kamerą. Zdjęcia w "Endless" stanowią ważny element składowy klimatu, który utrzymany został niemal do samego końca. Tylko w finale twórcy zdecydowanie przesadzili. Nie zawsze nad każdym "i" trzeba stawiać kropkę.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 87% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry