Recenzja filmu Zimowi bracia (2017)
Hlynur Pálmason

Człowiek, pole bitwy

Pełnometrażowy debiut Hlynura Pálmasona wystawi na wyjątkową próbę wszystkich tych, którzy wierzą w siłę słowa i czują potrzebę werbalizowania własnego doświadczenia. Choć bowiem "Zimowi ...
Filmweb sp. z o.o.
Pełnometrażowy debiut Hlynura Pálmasona wystawi na wyjątkową próbę wszystkich tych, którzy wierzą w siłę słowa i czują potrzebę werbalizowania własnego doświadczenia. Choć bowiem "Zimowi bracia" przedstawiają uniwersalny portret człowieka, to czynią to przede wszystkim przy użyciu dźwięków i obrazów. W ten sposób film przepoczwarza się w enigmatyczną krzyżówkę artystycznego happeningu i dokumentalnej surowości.


Wystarczy kilka minut "Zimowych braci", by zorientować się, że słowa są dla reżysera zbyt konkretne, by mogły być adekwatnie użyte do zobrazowania człowieka, jego życia, pragnień, potrzeb, kompleksów, lęków, niedoskonałości. Można się o tym przekonać chociażby wtedy, kiedy spróbuje się opowiedzieć fabułę "Zimowych braci". Jest to historia Emila, zwykłego robotnika, takiego samego jak jego brat i praktycznie wszystkie inne postaci filmu. Poza pracą zajmuje się oglądaniem kaset wideo ze szkolenia brytyjskich żołnierzy i przygotowuje bimber, który później sprzedaje w fabryce. Kiedy po przedawkowaniu jego specyfiku jeden z robotników trafia do szpitala bliski śmierci, sytuacja Emila staje się bardzo niepewna. Komplikuje ją jeszcze bardziej fakt, że bohater jest postacią ekscentryczną i aspołeczną.

Ten opis fabuły nie zbliża jednak odbiorcy do tego, czym jest w swej istocie obcowanie z dziełem Pálmasona. I nie jest to wynikiem tego, że fabuła nie ma znaczenia, bo to nie prawda. Historia Emila stanowi fundament filmu. Wyznacza kierunek przypowieści o paradoksach ludzkiego życia, czyniąc opowiadaną historię na poły tragiczną, na poły humorystyczną. Emil jest jednocześnie osobą łaknącą bliskości jak i dystansującą się od innych. Żyje pod presją potrzeb, których nie potrafi zaspokoić w satysfakcjonujący sposób. Jest polem bitwy, na którym toczy się nieustająca wojna sprzecznych pragnień.


Aby to w pełni oddać, Pálmason nie ogranicza się jednak do opowiadania. Pragnie, by widz poczuł ów paradoks życia na własnej skórze, nawet jeśli nie będzie w stanie nazwać swoich wrażeń. Reżyser wychodzi z założenia, że odbiorca rozpozna na jakiś podstawowym, zwierzęcym poziomie prezentowane procesy, ponieważ są one wspólne wszystkim homo sapiens. Aby dotrzeć do tego pierwotnego wymiaru doświadczenia, stosuje zbitki obrazów, które intelektualnie często wydają się nie mieć większego sensu, a jednak oddziałują na widza emocjonalnie. W surowych kadrach, w kontrastujących ze sobą scenach, kryje się hipnotyzujące piękno. Olbrzymią rolę odgrywają w tym filmie także dźwięki, od industrialnych hałasów po miarowe tykanie dochodzące znikąd. Osaczają one odbiorcę, budzą niepokój i irytację, pchają widza na drogę szaleństwa.

Zamysł artystyczny reżysera prawdopodobnie nie dałby tak dobrych efektów, gdyby nie gra Elliotta Todda Crosseta Hove'a. Widać, że reżyser pisał rolę Emila właśnie z myślą o tym aktorze. Jak w soczewce skupia on w sobie wszystkie paradoksy, które próbuje uchwycić Pálmason. Hove ma w sobie olbrzymią naiwność. Są sceny, w których wygląda niczym jelonek nocą na asfaltowej drodze, zamarły z trwogi w światłach rozpędzonej ciężarówki. A jednocześnie kipi złością i potrzebą zniszczenia, a jego empatyczne możliwości wydają się być równe zeru. Opisać go równie trudno, co i cały film. I w tym kryje się sukces zarówno kreacji Hove'a jak i dzieła Pálmasona"Zimowi bracia" to doświadczenie kompleksowe. Dokładnie tak samo jest z życiem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 69% uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry