Recenzja filmu K-PAX (2001)
Iain Softley

Film nie z tej planety

Jak to dobrze, że nasza polska telewizja oprócz emisji kolejnych odcinków seriali sięga jeszcze czasem po tytuły, które są prawdziwą ucztą dla widza. "K-PAX" w reżyserii Iaina Softleya z ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa K-PAX (2001)
Jak to dobrze, że nasza polska telewizja oprócz emisji kolejnych odcinków seriali sięga jeszcze czasem po tytuły, które są prawdziwą ucztą dla widza. "K-PAX" w reżyserii Iaina Softleya z pewnością jest takim właśnie filmem.

Historia oczarowuje od samego początku. Mamy do czynienia z człowiekiem, który podaje się za przybysza z innej planety – K-PAX z konstelacji Lira (rewelacyjny Kevin Spacey!). Badający go psychiatra, dr Mark Powell (grany przez niezawodnego Jeffa Bridgesa) początkowo sceptycznie nastawiony do swojego kolejnego pacjenta, który mógłby być jednym z wielu ludzi z zaburzeniami psychicznymi coraz bardziej zmienia swoje poglądy na temat Prota – zaczyna żywo interesować się przybyszem z K-PAX, między dwoma mężczyznami tworzy się nić porozumienia i sympatii.

Prot od samego swego przybycia zmienia otaczający go świat. Odnosi się do wszystkich grzecznie, z szacunkiem, jednocześnie jest bardzo inteligentny i potrafi przemówić nawet do tych pacjentów szpitala psychiatrycznego, z którymi nikt nie może uzyskać kontaktu. To właśnie dzięki Protowi dr Mark Powell zaczyna dostrzegać, że zaniedbuje swoją żonę, dzieci, za bardzo poświęcając się pracy, to dzięki swojemu pacjentowi zmienia swoje nastawienie i dostrzega, jak szczęśliwy może być. Prot zmienia także pacjentów szpitala – każdemu daje nadzieję, pomaga się wyleczyć, przełamywać własne bariery, ponadto obiecuje im, że jedną osobę będzie mógł zabrać w drodze powrotnej na K-PAX, co wywołuje ogólne poruszenie i zmianę osobowości pacjentów.

To właśnie jedna z pięknych stron tego filmu – pokazanie, jak ludzie życzliwością mogą zmieniać najbliższy, otaczający ich świat. "K-PAX" ukazuje wreszcie, że warto cieszyć się z tego, co mamy – nie zamartwiać się, nie myśleć o niepowodzeniach, a jeżeli jakieś się pojawiły – spróbować naprawić ich skutki. Każda sekunda filmu wyzwala w widzu optymizm – ciepło bijące z ekranu, z fantastycznych ujęć promieni światła, świetlnych refleksów, nieba, z twarzy Kevina Spacey sprawia, iż człowiek po seansie czuje się w pewien sposób odmieniony, czuje, że pomimo negatywnych aspektów świata należy cieszyć się z tego, że żyjemy. To jeden z najlepszych (jeśli nie najlepszy) filmów, które niosą widzowi ciepło i optymizm w nienachlany, niebanalny sposób.

Kevin Spacey bezsprzecznie zasługuje na medal. Stworzył tu jedną ze swoich najlepszych kreacji – gdy tylko pojawia się na ekranie uwaga widza skupia się właściwie tylko na nim. Jego delikatny uśmiech, łagodność w sposobie bycia sprawia, że już od chwili pojawienia się bohatera na dworcu w świetle promieni słonecznych czujemy do niego sympatię, która trwa przez cały seans i jeszcze długo po jego zakończeniu. Świetnie wcielił się w człowieka podającego się za przybysza z innej planety, ciekawie oglądającego nasz świat – ziemskie niebo, budynki, ludzi, jedzącego i zachwycającego się smakiem owoców. Klasa sama w sobie!

Jeff Bridges jakby intencjonalnie kryje się za plecami Kevina Spaceya, stanowiąc dla niego idealne uzupełnienie, drugie tło. Świetnie portretuje pochłoniętego pracą psychiatrę, który popełnia jeden z podstawowych błędów w tym zawodzie – zbyt mocno przywiązuje się do swojego pacjenta. Jednocześnie ukazuje przemianę jego bohatera – od początkowego sceptycyzmu i negacji wszystkiego, co słyszy od Prota aż po pewien rodzaj zafascynowania.

Znakomite zdjęcia Johna Mathiesona sprawiają, iż od pierwszej minuty z ekranu bije ciepło. Znakomicie uchwycone obrazy słońca, świetlnych refleksów (światło odgrywa tu dużą rolę – w końcu Prot mówi, że przybył na Ziemię dzięki energii promienia świetlnego, lecąc z nadświetlną prędkością), zbliżenia na twarz Kevina Spacey, czy Jeffa Bridgesa – wszystko to z najwyższą jakością. Przy rekonstrukcji historii Roberta Portera zdjęcia są odpowiednio rozmyte, przyciemnione – idealnie pokazując to, co wydarzyło się w przeszłości, o czym dowiadujemy się z opowieści szeryfa.

Muzyka, skomponowana przez Eda Shearmura znakomicie uzupełnia klimat filmu. Spokojna, jednocześnie nieco tajemnicza, mająca w sobie mnóstwo przestrzeni – jakby odwołująca się do przestrzeni wszechświata. Utwory takie, jak „Taxi Ride”, czy „Coda” to prawdziwe perełki.

Można „K-PAXA” odbierać różnie – jako historię człowieka, który pod wpływem silnego wstrząsu emocjonalnego doznał urazu psychicznego i cierpi na dysocjacyjne zaburzenie osobowości (inaczej osobowość wieloraka) lub też dać się ponieść fantazji, wyobraźni i uznać, że Prot rzeczywiście był przybyszem z innego świata. Widzimy historię Roberta Portera, ale jest w niej wiele niedopowiedzeń i niejasności, w związku z czym na pewno nie każdego ona przekona i nie sprawi, że każdy widz wytłumaczy sobie główny wątek naukowo. To, jak zinterpretujemy zakończenie i odbierzemy ten film zależy tylko i wyłącznie od nas, od naszej osobowości, od naszego postrzegania świata. Jest to jedna z najmocniejszych stron filmu.„K-PAX” jest wyjątkowym filmem – dla mnie jednym z najlepszych, jakie powstały. Niedopowiedzenia pozwalające snuć własne teorie na temat historii przedstawionej w filmie są tym, co sprawia, iż o tym obrazie pamięta się jeszcze bardzo długi czas po seansie. Praca kamery i ujęcia niosące ze sobą optymizm, muzyka, a także (a może przede wszystkim) niezwykle przekonująca gra Kevina Spacey sprawia, że oglądanie „K-PAXA” jest jedną z najprzyjemniejszych czynności. Jeżeli, tak jak mówi Prot wszechświat się kurczy i znów rozszerza i ludzie będą wciąż popełniać te same błędy, to będą również bez przerwy robić to, co jest przyjemne i przynosi radość. Do takich czynności z pewnością należy oglądanie "K-PAXA". Jeszcze raz i jeszcze.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (34 głosy).
blek
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie