Recenzja filmu Assassination Nation (2018)
Sam Levinson

Girls Trip

"Assassination Nation" to taki film, którego recenzję trzeba by pewnie zapisać w serii hasztagów. Zasnapczatować, zatwitterować, zayoutube’ować, zainstagramować - łapiecie. Wyobraźcie sobie ...
Filmweb sp. z o.o.
"Assassination Nation" to taki film, którego recenzję trzeba by pewnie zapisać w serii hasztagów. Zasnapczatować, zatwitterować, zayoutube’ować, zainstagramować - łapiecie. Reżyser Sam Levinson bez ostrzeżenia wrzuca nas na głęboką wodę podzielonych ekranów, rozpikselizowanych filmików, nastoletnich selfie, przemądrzałych memów i syntezatorowych pasaży. To kino, które trzyma rękę na pulsie social mediów, influencingu i millenialstwa tak bardzo, że gra w nim Bella Thorne. Ale na tym nie koniec: Levinson próbuje zarazem wziąć te zjawiska w cudzysłów i opatrzyć je komentarzem. W zgodzie ze swoim nowomedialnym duchem "Assassination Nation" broni się jednak lepiej jako doświadczenie niż jako wywód. 


Retoryka jest bowiem prosta: jeśli akcja filmu rozgrywa się w miasteczku Salem, wiadomo, że będziemy mieć do czynienia z jakąś wersją opowieści o polowaniu na czarownice. Owymi "czarownicami" są tu cztery nastolatki zaplątane w aferę z wyciekiem prywatnych danych. Ktoś terroryzuje okolicę, grożąc, że ujawni brudne sekrety mieszkańców, i żaden pozornie nieskazitelny obywatel nie może czuć się bezpiecznie. Trzeba więc czym prędzej znaleźć winnego. Czy raczej: winne.

Salem służy tu zatem za model współczesnego, burzliwego świata. Levinson jest nim trochę zafascynowany, a trochę zaniepokojony. Pokazuje, że bóle dojrzewania nastoletnich bohaterek rozgrywają się dziś na cyfrowej arenie chmur i komunikatorów, w aurze permanentnej inwigilacji, jaką umożliwiają - o ironio - ich własne smartfony. Reżyser rejestruje płynną nowoczesność w działaniu: świat, w którym Anonymous-owość idzie ręka w rękę z narcyzmem, w którym seks jest zarazem towarem pornografii jak i narzędziem emancypacji. Frasuje się internetowym aparatem szybkiego reagowania, który łatwo może zmienić się w internetowy pluton egzekucyjny. Mamy tu więc istną beczkę prochu, która musi w końcu eksplodować - inaczej nie byłoby filmu. Wyobraźcie sobie połączenie "Spring Breakers" z "Nocą oczyszczenia", wyobraźcie sobie hip-hopowy teledysk albo Insta-story o tym, jak #MeToo walczy z alt-prawicą, w komiksowych maskach i z karabinami maszynowymi. Oto z grubsza "Assassination Nation"”.


Podejrzewam, że intencja Levinsona jest rewolucyjna: chce on przechwycić spektakl i rozsadzić go od środka. Problem w tym, że używając hasztagowego języka, powiela jego ograniczenia. Przede wszystkim: predylekcję do mocnych komunikatów i jaskrawych zestawień; nie do refleksji, a do haseł. Pytanie więc, czy aby na pewno mówi to, co chce powiedzieć. Cztery dziewczyny - w tym jedna czarnoskóra i jedna transseksualna - stawiają tu opór konserwatywnemu maczo-tłumowi. I zamiar jest czytelny: oto opowieść o feminizmie, który nie daje sobie w kaszę dmuchać i twardo sprzeciwia się rozbestwionemu patriarchatowi. Wszystko fajnie, ale przy okazji wychodzi na to, że szlachetne ideały emancypacji trzeba wpajać kataną oraz dwururką. Że o wyniku światopoglądowych dyskusji nie decyduje ostatecznie siła argumentów, tylko po prostu siła. Ot, konserwatywne "kto kogo mocniej walnie". I doprawdy trudno stwierdzić, czy Levinson jest tu naiwny czy cyniczny. Czy jego podteksty mają kolejne podteksty, a wszystko ma być wzięte w gigantyczny cudzysłów? A może po prostu niechcący wpadł we własną retoryczną pułapkę? Taki już problem z postmodernistycznym gabinetem luster: zawsze można na końcu mrugnąć okiem i umyć ręce.

Na szczęście głównym "mesedżem" "Assassination Nation" pozostaje samo medium. "Mesedżem", a może nawet - według słynnej parafrazy McLuhana - masażem. Prawdziwa rewolucja, jaką ma dla nas Levinson odbywa się przecież nie w języku dialogów i idei, a w języku kina. "Assassination Nation" pięknie zaciera granicę między celuloidową tradycją a cyfrową aktualnością, między ekranem kinowym a ekranem smartfona, laptopa czy tabletu. Było już kilka filmów, które naśladowały architekturę komputerowego pulpitu, żaden chyba jednak nie wcielił tak organicznie estetyki nowych mediów. Efekt miejscami dosłownie wali po oczach: stroboskopowe glitche kłują, gryzą i pulsują na granicy czytelności - a nawet oglądalności. Ale ten chaos zarazem ekscytuje.


Znamienne zresztą, że film jest ciekawszy w pierwszej, luźniejszej narracyjnie połowie. Kiedy intryga wreszcie się zawiązuje, a fabuła prostuje w klasyczną ganianko-rąbankę, frajda jest już mniejsza. Levinson wciąż potrafi wówczas zachwycić, choćby popisową sekwencją zabawy w kotka i myszkę, gdy dom jednej z bohaterek atakowany jest przez grupę zamaskowanych napastników. Najlepsze w "Assassination Nation" pozostają jednak momenty czystej audiowizualnej poezji, hipnotycznego teledyskowego transu. Choćby scena imprezy, w której reżyser gładko przeprowadza swoich bohaterów od spoconego neonowego podniecenia do wstydliwej traumy seksualnego zawodu. Prawdziwy rollercoaster, prawdziwy trip.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (24 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry