Recenzja filmu Incredible Hulk (2008)
Louis Leterrier

Gniewni Amerykanie

Miało być zielono i ponętnie i tak jest. Każdy fan komiksów oraz spracowana dziatwa oczekująca nietuczącego popcornu powinna być usatysfakcjonowana.
Filmweb sp. z o.o.
Amerykanie to mają dar. Jeżeli Polacy mieli swojego przaśnego Kapitana Żbika czy agenta J23, to Jankesi idolami czynili kompletnych freaków. No bo jak inaczej nazwać dorosłego faceta, który przebiera się w obcisły kostium pająka czy nietoperza albo szyje ciuszki z flagi amerykańskiej. Hulk w tej rodzinie jest dziwnym odstępstwem od normy. Nie dlatego, że nie ma kostiumu – rzecz w tym, że on cały jest kostiumem. Zielony, napakowany i permanentnie wkurzony zawładnął masową wyobraźnią zjadaczy popcornu. Najpierw powstały dość zabawne seriale, potem za zielonego olbrzyma wziął się sam Ang Lee, który jednak lepiej sprawdza się w opowieściach o wrażliwych kowbojach. Tym razem twórcy postawili na akcję i powierzyli reżyserię specjaliście od kina z przytupem, Louissowi Leterrierowi.

Hulk to postać złożona i skomplikowana. Naukowiec tłumiący w sobie swoje mroczne alter ego. Dobra, dobra. Rozterki rozterkami, wewnętrzny gniew wewnętrznym gniewem, ale wszyscy wiemy, o co w tym wszystkim chodzi. Ma biegać, buchać i wybuchać. W końcu to adaptacja komiksu, a nie kolejne Bergmanowskie rozważania o milczeniu nieobecnego. Od takowej człowiek oczekuje rozrywki i efektownych efektów specjalnych. "Incredible Hulk" dostarcza ich pod dostatkiem.

W rolę naukowca, który padł ofiarą przypadkowego napromieniowania skutkującego wyzwoleniem wewnętrznej bestii, wcielił się Edward Norton. Jak wszyscy wiemy, facet jest ambitny, zapragnął więc coś tam pomajstrować przy scenariuszu, aby pogłębić potencjalny psychologiczny klucz postaci. Aspiracje a możliwości, jak mówi stare powiedzenie. Macherzy od Hollywood, pamiętając kasową porażkę Anga Lee, zareagowali zdecydowanie i wszystko wróciło do normy. A norma wygląda tak, że Hulk biega, niszczy i walczy ze swoim równie napompowanym oponentem odtwarzanym przez uroczo skacowanego Tima Rotha. To właśnie efektowne starcie na ulicach Nowego Jorku dwóch monstrów stanowi finałową atrakcję obrazu Leterriera.

Specjalista od widowiskowych sekwencji akcji oprócz odpowiednio wysokiego budżetu na efekty specjalne dostał do dyspozycji bardzo dobrych aktorów. Norton, Hurt i Roth – mimo rzekomych deklaracji, że chcieli wnieść w swoje postacie głębię – ewidentnie dobrze się bawią i czują konwencję komiksu. Liv Tyler wygląda jak zawsze apetycznie i stanowi przyjemny kontrapunkt dla przerośniętych mięśniaków na sterydach. Czegóż tu więcej wymagać… Miało być zielono i ponętnie – i tak jest. Każdy fan komiksów oraz spracowana dziatwa oczekująca nietuczącego popcornu powinna być usatysfakcjonowana. Bo Hulka ogląda się być może bezmyślnie, ale z całą pewnością dobrze.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 76% uznało tę recenzję za pomocną (68 głosów).
Krzysztof Michałowski
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię