Recenzja filmu Fantastyczna Czwórka (2015)
Josh Trank
Jarosław Boberek

Jak stracić komiksowych fanów i zrazić do siebie widownię

Jeśli ktoś nastawia się na to, że idąc do kina na film reżyserii Josha Tranka, zasiądzie wygodnie w fotelu i nie zorientuje się, kiedy minęło półtorej godziny, to lepiej niech dwa razy zastanowi ...
Filmweb sp. z o.o.
Można stwierdzić, że szum wokół tegorocznej ekranizacji jednego z ważniejszych komiksów Marvela przekroczył najśmielsze oczekiwania jej twórców. Najpierw ze względu na to, że w ogóle ona powstaje i Fox ponownie uciera nosa Disneyowi, do którego prawa tym razem jeszcze nie wrócą. Następnie okazuje się, że bliźniaki Storm wcale nie są bliźniakami, tylko rodzeństwem przyrodnim, a co więcej jedno z nich, wbrew oryginałowi, jest czarne. Nadchodzą też medialne doniesienia o zawirowaniach przy scenariuszu i posadzie reżysera. Później wszelakie oceny krytyków, widzów przedpremierowych seansów, które powodują, że "Fantastyczna Czwórka" osiąga wyniki, które na pewno wyróżniają się spośród średnich ocen najnowszych produkcji. A że wszystkie te wiadomości odbierane były negatywnie? W tych czasach, często dzieje się tak, że ważne jest, aby mówić w ogóle, niekoniecznie dobrze, więc widzowie nadchodzą do kin i wydają pieniądze po to, żeby zobaczyć, czy film naprawdę jest aż tak zły.

Wniosek więc nasuwa się w tym wypadku jeden. Producenci najnowszej superbohaterskiej produkcji osiągnęli jeden, bardzo ważny cel. Spowodowali zainteresowanie swoim filmem. Szkoda tylko, że na tym kończą się sukcesy"Fantastycznej Czwórki". Jednak sama historia nie odbiega początkowo od originów powiązanych z tego typu produkcjami. Mamy kilka postaci, które mniej lub bardziej ze sobą powiązane, angażują się w projekt podróży między wymiarami. Wszystko się układa, sukces nadchodzi, jednak nadchodzi zwrot, nieprzewidziany problem i wszystko się sypie. Otrzymujemy więc czwórkę bohaterów, którzy muszą poradzić sobie ze swoimi mocami i jednego antagonistę, który z czczych pobudek postanawia przejść na ciemną stronę. Brzmi to jak większość tego typu filmów, w których powtarzalność jednak aż nadto nie przeszkadza i ludzie wciąż tłumami nadchodzą do kin, aby zobaczyć jak ci dobrzy spuszczają łomot tym złym.

Wydawałoby się, że tym razem też uda się stworzyć nawet naprędce jakąś historię, która porwie tłumy, a kina będą zapełnione pożerającymi popcorn i nachosy widzami, którzy z zapartym tchem będą obserwować sceny wybuchów i walki. Problem jednak jest w tym, że akcja w filmie rozpoczyna się na kilkanaście minut przed końcem i widz mógłby ją nawet przypadkiem przegapić, gdyby nagle musiał na chwilę wejść do łazienki. I nawet to mogłoby mieć swój urok, byłoby do zrozumienia i do wytłumaczenia, jako świeże, inne podejście do tematu superbohaterów, ale całość musiałaby dostarczyć wtedy chociaż innych emocji. Mimo że tracimy prawie godzinę czasu na poznanie czołowych postaci "Fantastycznej Czwórki" to jednak nie czujemy się z nimi związani. Po wyjściu z kina, grupka przyjaciół ze szkoły nie będzie się kłócić o to, kto w zabawach na podwórku będzie Ludzką Pochodnią, komu przypadnie rola Pana Fantastycznego, kto marzy o tym, aby być Thingiem, a poszukiwania koleżanki, która chciałby pełnić rolę Niewidzialnej Kobiety nie miałyby kompletnego sensu. Tym wrażliwszym i przepełnionym strachem po nocach nie będzie się również śnić postać Dooma, który swoim wyglądem bardziej wywołuje śmiech niż strach i bardziej niż jednego z najpotężniejszych złoczyńców świata Marvela, przypomina nijakiego kitowca rodem z pierwszych "Power Rangers". 
 
Czasem zdarza się jednak, że rwany i niedopracowany scenariusz potrafią uratować aktorzy. Tym razem nie mamy, co na to liczyć. Gra aktorska nie przewyższa ani odrobinę tego, co zaprezentowali nam odtwórcy postaci z "Fantastycznej Czwórki" z roku 2005, a do tego straciliśmy niewątpliwy atut, jakim na kinowym ekranie jest Jessica Alba.

Porównując te dwa filmy, które różni aż dziesięć lat, co dla kina jest czasem naprawdę sporym, można zauważyć jeden z nielicznych plusów, czyli wygenerowanie postaci Thinga po przemianie. Nie wygląda już jak człowiek-cegła, tylko prezentuje się równie poważnie, co pozostała część ekipy, a może nawet lepiej, bo komputerowe okazanie mocy całej reszty nie wygląda wcale bardziej okazale niż to, czego doświadczyliśmy w pierwszej odsłonie "X-Men" z roku 2000.

Jeśli więc ktoś nastawia się na to, że idąc do kina na film reżyserii Josha Tranka, zasiądzie wygodnie w fotelu i nie zorientuje się, kiedy minęło półtorej godziny, to lepiej niech dwa razy zastanowi się nad tym, czy wybiera na pewno odpowiedni film, bo największe emocje może wywołać co najwyżej nienaturalne podkreślenie autonomii Kosowa dla tych, którzy oddają się hasłu "Kosovo je Srbija". Lepiej poczekać, aż film będzie powtarzany co kilka miesięcy na Polsacie, a podczas oczekiwania na rozwinięcie akcji będzie można zaparzyć sobie melisę, która osiągnie w widzu podobny poziom rozbudzenia, co przygody drużyny stworzonej przez Stana Lee i Jacka Kirbyego.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 74% uznało tę recenzję za pomocną (31 głosów).
piotr_wyp
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)