Recenzja filmu Sekretny świat kotów (2018)
Zbigniew Suszyński

Kocimiętka

Kto ma w pamięci chińskie potworki w rodzaju "Dzielnej syrenki i Piratów z Kraboidów", tego uspokajam: "Sekretny świat kotów" trzyma poziom realizacyjny. Grafika 3D nie przypomina gry ...
Filmweb sp. z o.o.
Żeby nie było: "Sekretny świat kotów" nie jest sequelem, prequelem, spin-offem, ani niczym w jakikolwiek sposób związanym z wyprodukowaną przez amerykańskie studio Illumination Entertainment animacją "Sekretne życie zwierzaków domowych". Plakat może kogoś zmylić, intryga może komuś coś przypomnieć, ale oryginalny tytuł – "Mao Yu Tao Hua Yuan" – raczej nie pozostawia wątpliwości. Dzień jak co dzień w biznesie filmów dla najmłodszych: dopiero co mieliśmy w kinach malezyjskiego bliźniaka "Aut" ("Klakson i spółka"), pora na chińskie "Sekretne życie…".   


Żeby nie było: film studia Illumination też robił widzów w konia. Zwiastun i tytuł obiecywały coś więcej niż piątą wodę po "Toy Story", a jednak inwencja twórców kończyła się na tym, by zabawki podmienić na zwierzęta. Z "Sekretnym światem kotów" jest jeszcze gorzej; to jedynie kopia kopii, choć – żeby skomplikować sprawę – fabularnie bliżej stąd do innego amerykańskiego hitu, "Gdzie jest Nemo?". Zabawki, ryby czy koty, mniejsza o to, schemat pozostaje z grubsza ten sam. Tym razem udomowiony kot imieniem Kocyk musi ruszyć śladem swojego synka Oskara, który – karmiony przez tatę bajkami o kocim raju – ucieka z domu. 

Żeby nie było: chiński rodowód filmu nie oznacza tu "chińszczyzny" rozumianej potocznie jako "taniocha", "podróbka". Kto ma w pamięci chińskie potworki w rodzaju "Dzielnej syrenki i Piratów z Kraboidów", tego uspokajam: "Sekretny świat kotów" trzyma poziom realizacyjny. Grafika 3D nie przypomina gry komputerowej z połowy lat 90. Nawet papierek lakmusowy porządnego CGI – czyli futro – zdaje egzamin. Ktoś może mieć zarzuty do projektów postaci (ja na przykład mam: zbyt wielu bohaterów wygląda tu albo antypatycznie albo niespełna rozumu). Ale to kwestia gustu. Ważne, że świat przedstawiony jest wiarygodny, a animacja – płynna; są nawet dodające dynamiki skomplikowane długie ujęcia. Bez szału, ale ogląda się.

photo.title   photo.title   photo.title

Żeby nie było: przesłanie też niby ma sens. "Sekretny świat kotów" to opowieść o ojcu, który musi dojrzeć do tego, by wypuścić swoje dziecko w świat. Zrozumieć, że nie da się wychowywać potomstwa w zamknięciu, wśród czterech ścian, w "bezpiecznej" izolacji przed wszystkim, co na zewnątrz. Wszystko pięknie, choć dziwi trochę finał, w którym twórcy zamiast bajkowego kompromisu proponują kompromis cokolwiek hardkorowy. Ale może to kwestia różnicy kulturowej: amerykańska animacja skończyłaby się morałem o potrzebie bycia razem mimo wszystko, tutaj uczymy się o konieczności bycia razem, ale… osobno. Większym zgrzytem są jednak cudaczne zabiegi narracyjne, na przykład otwierająca film retrospekcja, odtworzona jakby na przyspieszeniu, za szybko przeskakująca nad kluczowy fabularnymi faktami. W ogóle zbyt łatwo przechodzi się tu od rzeczy błahych do poważnych, od memów z kotkami i słodkich gagów do horroru i depresji. Dość powiedzieć, że czarnym charakterem jest zniesławiony artysta, tworzący upiorne szklane rzeźby z odlewów żywych zwierząt (!). Albo że traumatyczne wspomnienie Kocyka opowiedziane jest tu w serii fotograficznych stopklatek, czyli w filmowym skrócie oznaczającym "dobrą zabawę". Efekt mrozi krew w żyłach: tu sweet focia kota, w którego ktoś rzuca cegłówką, tam sweet focia kota na granicy zamarznięcia. 
 
Żeby nie było: pięciolatek zapewne przegapi tego rodzaju niuanse i wyjdzie z kina zadowolony. W każdym razie dzieci zgromadzone na moim seansie wydawały się zaciekawione (inaczej niż kiedyś na przykład na "WALL-E'em", który jest przecież arcydziełem, tyle że chyba raczej dla dorosłych). Ale to nie pięciolatki będą czytały tę recenzję. Napiszę więc tak: jeśli rodzicowi wystarczy, że zabiera pociechę na seans dwugodzinnego audiowizualnego znieczulenia, takiej kocimiętki dla małych kinomanów – "Sekretny świat kotów" zda egzamin. Na dobry film zapraszam do innej sali.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie