Recenzja filmu Aquaman (2018)
James Wan
Marek Robaczewski

Książę przypływów

Reżyser pewną ręką miksuje ze sobą kino nowej przygody, rodzinny melodramat, screwball comedy, horror, batalistyczny epos oraz proekologiczne przesłanie. Opowieść o dziedzicu korony Atlantydy to ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Aquaman (2018)
Ultrasi Supermana i spółki będą zaprzeczać, jednak prawda jest gorzka: funkcjonujące od pięciu lat kinowe uniwersum DC Comics nie było dotąd przytulnym zakątkiem dla widza. Oglądając takie twory jak "Liga sprawiedliwości" czy "Legion samobójców", czasem trudno było ocenić, na ile są one dziełem filmowców, a na ile księgowych, dla których komiks jest wyłącznie synonimem biznesplanu. Próbując naprędce zbudować ekranowy wszechświat na miarę konkurencyjnego Marvela, jego architekci najwyraźniej zapomnieli, że bez spójnej wizji i scenariusza, nad którym pracowano na trzeźwo, nie da się nakręcić satysfakcjonującego filmu o superbohaterach. Rozczarowujący box office "Ligi" najwyraźniej skłonił jednak decydentów do zrewidowania dotychczasowej strategii. I tu cały na biało wkracza James Wan (Wan and only, chciałoby się rzec). Reżyser, który przyczynił się do renesansu współczesnego horroru, a także podpisał się pod jednym z bardziej kasowych filmów wszech czasów, otrzymał od wytwórni Warner Bros. wolną rękę przy realizacji "Aquamana".  Finalny rezultat cieszy oczy, uszy i serce. Opowieść o dziedzicu korony Atlantydy to efektowny i leciutki niczym morska piana blockbuster z charyzmatycznym głównym bohaterem.

photo.title

Minął rok, od kiedy Arthur Curry (Jason Momoa) i jego znajomi z Ligi Sprawiedliwości ocalili Ziemię przed kosmicznym najeźdźcą Steppenwolfem. Wytatuowany heros nie osiadł na laurach – kiedy spotykamy go ponownie, śpieszy na ratunek rosyjskiemu okrętowi podwodnemu zaatakowanemu przez piracką bandę. Starcie z brutalnymi korsarzami to kaszka z mleczkiem w porównaniu z kolejnym wyzwaniem, jakie szykują dla bohatera scenarzyści. Aquaman po raz pierwszy odwiedzi ukrytą przed światem podwodną ojczyznę swoich przodków i stanie do bratobójczej gry o tron, aby zapobiec wielkiej wojnie między mieszkańcami lądów oraz oceanów. Brzmi znajomo? Twórcy filmu najpewniej zupełnie nieświadomie podążyli podobną fabularną ścieżką co marvelowska "Czarna pantera". Tym razem to jednak przybysz z zewnątrz stoi po jasnej stronie Mocy, podczas gdy dziedzic czystej krwi ma głowę zatrutą nienawistnymi ideami.

photo.title

Wan wpuszcza światło do spowitego dotąd mrokiem uniwersum DC. Choć stawka zmagań jest wysoka, reżyserowi udaje się zachować równowagę między powagą a luzem, patosem a dziecięcą frajdą. Duża w tym zasługa odtwórcy głównej roli – w interpretacji Momoy Aquaman przypomina skacowanego rockmana albo członka gangu motocyklowego. Jest mrukliwy, zadufany, a przy tym niepozbawiony łotrzykowskiego wdzięku. Pod maską abnegata bez krztyny savoir vivre'u skrywa jednak szlachetne serce oraz… encyklopedyczną wiedzę historyczną. Aktorowi kroku dotrzymują dzielnie czerwonowłosa Amber Heard w roli zbuntowanej księżniczki Mery oraz czarne charaktery: Patrick Wilson jako dumny i uprzedzony król Orm i Yahya Abdul-Mateen II wcielający się w wiedzionego pragnieniem zemsty pirata Black Mantę.

photo.title

Kosztujący 200 milionów "Aquaman" przypomina gigantyczny plac zabaw, na którym reżyser do spółki ze scenarzystami wciela w życie każdy przychodzący mu do głowy pomysł. Mamy tu schowaną w morskich głębinach, rozświetloną neonami metropolię przywodzącą na myśl "TRON: Dziedzictwo" oraz pustynne podziemne lokacje kojarzące się z finałem "Indiany Jonesa i Ostatniej Krucjaty". Są lovecraftowskie stwory, grająca na bębnach ośmiornica i lewiatan przemawiający głosem Julie Andrews. Na ścieżce dźwiękowej symfoniczne aranżacje idą pod rękę z muzyką syntezatorową à la Jean-Michel Jarre, a samplujący "Africę" Pitbull spotyka się z Sigur Rós  i Depeche Mode.  Do wyboru, do koloru jak na półmisku wyłożonym owocami morza.

photo.title

Reżyser pewną ręką miksuje ze sobą kino nowej przygody, rodzinny melodramat, screwball comedy, horror, batalistyczny epos oraz proekologiczne przesłanie. Gdy przychodzi do scen akcji, Wan sięga po markowe długie ujęcia, w których kamera wykonuje szaleńcze piruety, przebija się przez ściany albo skacze z dużych wysokości. Części popisowych jazd z pewnością nie udałoby się zainscenizować, gdyby nie wydatna pomoc speców od efektów specjalnych. Magia z komputera pozwoliła również ożywić baśniowy podwodny świat, a także odmłodzić kilku członków obsady. Gdy w 2020 roku z urlopu powróci James Cameron  i w "Avatarze 2" zabierze nas w podróż w morskie głębiny Pandory, cyfrowe czary z "Aquamana" wydadzą się pewnie wykopaliskiem z epoki Mieszka I. Na razie prezentują się jednak przyzwoicie. Przymknijcie więc oko na parę dziur logicznych, nietrafioną ekspozycję oraz kilka niezamierzenie zabawnych linijek dialogu, weźcie głęboki wdech i raz jeszcze zanurzcie się w uniwersum DC.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (144 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)