Recenzja filmu Tamte dni, tamte noce (2017)
Luca Guadagnino

Lepiej przemówić czy umrzeć?

Motyw miłości figuruje w większości współczesnych filmów. Niestety kino komercyjne coraz rzadziej podchodzi do tak wielowymiarowego tematu w ambitny sposób. Z jednej strony funduje się nam ...
Filmweb sp. z o.o.
Motyw miłości figuruje w większości współczesnych filmów. Niestety kino komercyjne coraz rzadziej podchodzi do tak wielowymiarowego tematu w ambitny sposób. Z jednej strony funduje się nam kiczowate i przerysowane obrazy uczuć w ckliwych romansidłach, z drugiej zaś bombarduje się odbiorców wypaczoną i powierzchowną wizją miłości w postaci greyowskiej quasipornografii. Złoty środek w tej sytuacji odnalazł włoski reżyser — Luca Guadagnino, który w ostatnim roku zaprezentował widzom wyjątkowy melodramat pt. "Tamte dni tamte noce".

Włochy, 1983 rok. Siedemnastoletni Amerykanin — Elio Perlman (nominowany do Oscara — Timothée Chalamet) spędza wakacje ze swoją rodziną w XVII-wiecznej willi. Dotychczas spokojne i poukładane życie nastolatka zaburzy jednak pojawienie się Olivera (Armie Hammer). Przyjazd starszego o siedem lat stypendysty z USA sprawi, że młodzieniec odkryje nieznane sobie wcześniej uczucia.

Rzadko kiedy zdarza się, żeby ekranizacja jakiejś powieści była lepsza od oryginału, a tak jest w tym przypadku. Tegoroczny Oscar za najlepszy scenariusz adaptowany dla Jamesa Ivory’ego o okazuje się być w pełni zasłużony. Sposób w jaki reżyser "Maurycego" przełożył fikcję książkową na język filmowy jest niebywały. Rzeczywistość "Tamtych dni tamtych nocy" przybiera formę szkatułkową. Zamyka w swoich ramach ujmujące i malownicze ujęcia-widokówki włoskich pejzaży, wypełnione gorącą aurą, co w kontekście filmu zdecydowanie sprzyja miłosnym uniesieniom. Idylliczność takiego obrazu wzmacnia fakt, nie tylko wykarczowania z niego homofobicznej martyrologii, ale także kompletnego oderwania od kontekstu światowego. Lata 80. XX wieku to bowiem dla amerykańskiej (ale i nie tylko) społeczności LGBT bardzo trudny okres szalejącej epidemii AIDS. W całym filmie nie pojawia się nawet wzmianka o tej tragedii. Nawet główni bohaterowie, choć wykreowani na wykształcone osoby światowego formatu, nie podejmują w jakimkolwiek stopniu tego tematu w swoich intelektualnych dyskusjach. Czasami można wręcz odnieść wrażenie, że świat Ivory'ego ociera się w pewnym momencie o fantastyczność, a właściwie  bajkowość.

Oszałamiająca ekspresja wizualna tego filmu zostaje skontrastowana z jej werbalną ascetycznością, wymuszającą budowanie tejże rzeczywistości na aluzjach i niedopowiedzeniach. Gra słów u Elia i Olivera zostaje zastąpiona uwodzącymi gestami i spojrzeniami, a także kuszącymi obrazami młodych, męskich ciał. Widz tak naprawdę zostaje bezceremonialnie wciągnięty w grę pożądania, w której świetnie się zresztą odnajdziemy. Relacja jaką budują zakochani mężczyźni przywodzi na myśl osobiste doświadczenia każdego z nas (bez względu na preferencje seksualne). Pierwsze zauroczenie osób homoseksualnych bardzo często utkane jest z podobnych myśli i uczuć, co u osób heteroseksualnych. Kiedy na ekranie towarzyszymy inicjacji miłosno-seksualnej Elia to prawdopodobnie przeżywamy podobne uczucia co on — mieszaninę stanu oszołomienia, radości i nieustannej tęsknoty za bliskością, ale także i smutek, rozgoryczenie oraz ból związany z rozstaniem. Nie można nie wspomnieć tutaj o warstwie muzycznej tego filmu. Utwory "Mystery of Love" czy "Visions of Gideon" amerykańskiego artysty Sufjana Stevensa są bowiem nie tylko budulcem nastrojowym filmu, ale przede wszystkim uzupełniają narrację filmu o opis skrywanych przeżyć emocjonalnych Elia, a tym samym pogłębiając jego portret psychologiczny. Niemniej dominująca oszczędność werbalna Ivory’ego przełożyła się na subtelniejszy, wiarygodniejszy i bardziej emocjonalny portret ludzi i ich relacji, niż oddaje to sama powieść André Acimana.

"Tamte dni tamte noce" zachwyca także konsekwencją w budowaniu rzeczywistości. Po pierwsze produkcja ta od początku do końca jest odą do antyku. Na pierwszy rzut oka uwidocznia się to w samej sferze wizualnej — architekturze czy sztuce. Później w samym sposobie kreowania postaci. Ojciec głównego bohatera jest wykształconym profesorem, specjalizującym się właśnie w kulturze greko-romańskiej. Do pewnego stopnia także relacja głównych postaci jest zbudowana na wzór greckiej pederastii — miłości homoerotycznej zazwyczaj pomiędzy młodzieńcami a dojrzałymi mężczyznami. Nawet jeśli przyjrzymy się działaniom samego Elia to na samą myśl przychodzą nam do głowy historie bohaterów tragedii antycznych. Ich decyzje, podobnie jak u wspomnianego nastolatka, były rownież podporządkowane destrukcyjnej sile fatum.

Po drugie konsekwencja ta wyrażona jest w wielowymiarowym łączeniu ze sobą różnych  opozycji. Przykładowo w aspekcie technicznym bezpośredniość i dynamiczność scen miłosnych łączy się jednocześnie ze statecznością poszczególnych ujęć, kiedy to reżyser decyduje się rownież oddać część intymności samym bohaterom. Przy okazji należałoby tutaj wspomnieć o niezwykłej wartości dydaktycznej tego obrazu, w którym burzy się stereotyp gejowskiego seksu jako aktu agresywnego, mechanicznego i egoistycznego. W "Call Me By Your Name" stosunek między mężczyznami oparty jest bowiem na pożądaniu, delikatności i kierowaniu się przyjemnością kochanka. Wspomniana kontrastowość objawia się także w warstwie fabularnej. Elio i Oliver są osobami wykształconymi, wygadanymi, a momentami wręcz bezczelnymi i zgryźliwymi. Jednak dopiero poznanie smaku miłości sprawia, że poznajemy ich drugą stronę — pełną nieśmiałości, wycofania i nierozumienia tego co właśnie zachodzi. Chęć pamiętania o ukochanym łączy się paradoksalnie z pragnieniem zapomnienia o nim, co najlepiej widać w kultowej już scenie rozmowy profesora Perlmana z synem. Podobne zestawienia można doszukać się nawet w relacji sacrum-profanum. Dla Elia bowiem czymś nowym jest nie tylko seks i miłość, ale także świadomość religijna, którą odkrywa i buduje po raz pierwszy dzięki Oliverowi. Zastosowanie szeregu kompozycji kontrastowych, sprzyja budowaniu sinusoidalnego napięcia i tajemniczości fabuły, które wymagają z kolei u widza nieustannego skupienia i czujności.

W jednej ze scen matka Elio czyta rodzinie opowiadanie o rycerzu i księżniczce, w którym rozważania o ukrytych pragnieniach, kończą się słowami: Lepiej przemówić czy umrzeć? Ów fragment z "Heptameronu" (autorstwa Małgorzaty z Nawarry) zdaje się być swoistym clue do zrozumienia przesłania tego melodramatu. W jednym z wywiadów sam reżyser przyznał, że jego obraz uzmysławia widzom to, by zawsze byli szczerzy ze swoimi uczuciami i nigdy ich nie ukrywali. Bynajmniej celem tej recenzji nie jest własna próba odpowiedzi na to pytanie, choć jedno mogę śmiało przyznać — o tym filmie warto mówić.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 78% uznało tę recenzję za pomocną (9 głosów).
specyficzny
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)