Recenzja filmu Obywatel Jones (2019)
Agnieszka Holland

Bogaty język kina kapituluje jednak w konfrontacji z horrorem, jakiego doświadczył Jones na Ukrainie. Holland pokazuje ludobójstwo w minimalistycznej, niemal monochromatycznej poetyce. To ...
Filmweb sp. z o.o.
Gareth Jones to facet równie niepozorny, co jego nazwisko. Gładko uczesany, w kapeluszu i okularach, ciut harcerzykowaty. Wypisz, wymaluj – Clark Kent. Kiedy wchodzi do budki telefonicznej, nie następuje jednak cudowna przemiana w Supermana. Jedynym cudem jest tu co najwyżej cud kinematografu: biegnące "po kablu" ujęcie, uosabiające połączenie między Londynem a Moskwą. Człowiekiem ze Stali jest zaś w tym układzie… Stalin: postać, z którą Jones usilnie chciał przeprowadzić wywiad. Radzieckiemu idolowi i jego uświęcającemu środki celowi daleko jednak do bohaterstwa. Agnieszka Holland stawia zresztą raczej na heroizm skromny, w ludzkiej skali. "Obywatel Jones" to film o tym, że zwykły szary obywatel jest czasem wart więcej niż jakiś tam samozwańczy nadczłowiek.

Tę historię – jak to często bywa – napisała historia. Jones był brytyjskim dziennikarzem, który jako pierwszy reporter przeleciał się samolotem nowego kanclerza Niemiec Adolfa Hitlera i który pojechał do ZSRR, gdzie na własne oczy zobaczył tzw. "Hołodomor", uznawaną za ludobójstwo klęskę głodu na terenie dzisiejszej Ukrainy. Jego relacja z tej wizyty spotkała się jednak z niedowierzaniem świata i agresywną polemiką ze strony Waltera Duranty'ego, moskiewskiego korespondenta "New York Timesa". Film Holland dramatyzuje wyprawę Jonesa i jego spór z Durantym – ale na tym nie koniec. Zamieciona pod dywan ukraińska ofiara, fasada fake newsów, czarne chmury nad Europą – brzmi znajomo? Epizod z lat 30. ubiegłego wieku służy reżyserce za lustro, w którym może przejrzeć się współczesność.

Luster zresztą w "Obywatelu Jonesie" nie brakuje. Holland mnoży refleksyjne powierzchnie w kadrze: bohaterowie zostają zdublowani, odbijając się w kolejnych szybach i zwierciadłach. To prosta, ale nośna metafora "podwójności" świata przedstawionego. Świata, gdzie o pewnych rzeczach mówić nie wypada, pełnego rozmaitych tajemnic poliszynela. Kłania się Orwellowskie dwójmyślenie, z premedytacją wywołane przez reżyserkę. Artykuły Jonesa posłużyły przecież za inspirację dla "Folwarku zwierzęcego", a w ramie narracyjnej filmu widzimy piszącego swoją książkę George'a Orwella. Antidotum na niebezpieczną nowomowę, przed jaką przestrzegał autor, okazuje się tymczasem – paradoksalnie – swoista "zdrowa naiwność" Jonesa. Holland pokazuje bowiem, że graniczy ona z przenikliwością; pozwala zobaczyć rzeczy takimi, jakie są. Jones jest może nazbyt poczciwy, ale nie ma złudzeń. Pozostaje świadom politycznych konsekwencji wydarzeń, które obserwuje. 

Sam film odzwierciedla zresztą konflikt bohatera ze światem: klasyczna, zapięta pod szyję narracja zostaje tu skonfrontowana z przekraczającym jej ramy stylistycznym ekscesem. Niepozorne, "grzeczne" aktorstwo Jamesa Nortona (w roli Jonesa) kontrastuje więc z lucyferycznym Durantym Petera Sarsgaarda i groteskowym Maksymem Litwinowem Krzysztofa Pieczyńskiego. Wizyta w Moskwie jest jak wizyta na innej planecie, gdzie nawet nocne niebo nad głowami bohaterów jest inne: złowieszczo czerwone. Lejtmotyw pędzącego pociągu – stylizowany na Eisensteinowski "montaż atrakcji" – symbolizuje zaś niebezpiecznie przyspieszającą historię. Bogaty język kina kapituluje jednak w konfrontacji z horrorem, jakiego doświadczył Jones na Ukrainie. Holland pokazuje ludobójstwo w minimalistycznej, niemal monochromatycznej poetyce. To reżyserski gest o wymiarze moralnym: autorka identyfikuje moment, w którym kończy się sofistyka i relatywizm. Koniec dyskusji, tutaj białe jest białe, a czarne – czarne.

Można oczywiście dyskutować, czy aby nie za łatwo jest moralizować sobie z bezpiecznej perspektywy historycznego dystansu. Trudno jednak rozliczać kino o ambicjach edukacyjnych z prób edukowania. Tym bardziej że Holland sugeruje wprost: pewne zjawiska są cykliczne, pewne wartości – niezbywalne. A o czytance i tak nie ma mowy; wciąż za dużo tu poznawczej przekory. Holland – wzorem własnego bohatera – patrzy bowiem zbyt wnikliwie, by umknęły jej fascynujące paradoksy jego walki o prawdę. Przecież medium dla krucjaty Jonesa zapewnił William Randolph Hearst, człowiek, którego pewnie można by nazwać "ojcem fake newsów". A prawda, o którą walczył dziennikarz, i tak dostała prawdziwych skrzydeł dopiero pod płaszczykiem… fikcji. W końcu "Folwark zwierzęcy" znają wszyscy; o Jonesie nikt dziś nie pamięta. Jeśli coś może jeszcze zmienić ten stan rzeczy, to chyba tylko kino. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry