Recenzja filmu Ad Astra (2019)
James Gray

Przez trudy...

"Ad Astra" stoi w rozkroku między kosmicznym kinem przygody bądź filmem drogi a rozmyślaniami na tematy bardziej ambitne.
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Ad Astra (2019)
Największy problem "Ad Astra" jako filmu i jako przedstawiciela gatunku science fiction to jego popularność. Piszę te słowa w dniu premiery, może się więc okazać że się wyjątkowo pomyliłem, ale ostatnie przypadki tego gatunku pokazują, że nawet te cenione mają problem ze zgromadzeniem przed ekranem większej liczby widzów, co w bezpośredni sposób przekłada się na ich występowanie. "Blade Runner 2049" nie zwrócił się od razu. W trakcie emitowania go w kinach ledwo co musnął granicę budżetu, o zysku nie wspominając, dopiero wydanie na nośnikach DVD  dało mu drugi oddech i jako takie ustabilizowanie. Jest to zjawisko przykre, ponieważ nie ważne, jakim filmem by nie było "Ad Astra", ważne żeby było w ogóle. A to czy będzie kolejnym, który nie zadowoli finansowo wytwórni, jasno pokaże, jakich filmów nie robić – bo się po prostu nie opłaca. Byłoby to dużą stratą, bo sci-fi, a szczególnie to wysokobudżetowe nie zdarza się często, więc tym bardziej wypada na nie zwrócić uwagę. Nawet jeśli nie ten film zapadnie nam w pamięć, to pokaże że jednak warto inwestować w sci-fi, co napawa nadzieją na kolejnych przedstawicieli gatunku.

Przez rzadkość, jaką jest fantastyka naukowa w kinie wysokobudżetowym, nie obejdzie się bez porównań do głośnych premier z ostatnich lat. Dla mnie przynajmniej takie podstawowe skojarzenia były dwa.

Realizacyjnie "Ad Astra" lśni. Efekty komputerowe przeplatają się z praktycznymi jak w "Interstellar". Film nie żałuje pokazywania nam różnych zaawansowanych technologicznie konstrukcji, czy jest to baza na Księżycu, czy jedna z kilku rakiet, którymi bohater będzie się przemieszczać w trakcie filmu. Każdy element świata przedstawionego jest dopracowany w najmniejszym szczególe, co fanowi sci-fi daje nie lada frajdę. Niedaleka przyszłość, bo film nie podaje konkretnego roku, wykreowana jest spójnie, nie oddalamy się jakoś bardzo, a wręcz można by stwierdzić, że jeszcze kilkanaście lat i się obudzimy w świecie filmu. Różnego rodzaju futurystyczne elementy są osobie zaznajomionej z kanonem dobrze znane. Sam film rozpoczyna się od efekciarskiej sceny upadku z czegoś w rodzaju kosmicznej windy (Space Elevator jakoś lepiej brzmi), a to dopiero początek. Brad Pitt będzie nas prowadził przez lot na Księżyc, dość absurdalnie brzmiącą a wychodzącą całkiem dobrze i trzymającą w napięciu sekwencję ucieczki przed księżycowymi piratami w łazikach. Zresztą, pojawi się jeszcze masa dobrze wykorzystujących konwencję motywów. Dalej – zresztą jak w "Interstellar" – jest coraz dziwniej i samotniej. Ale o tym jeszcze za chwilę. Gdy kamera przestanie się skupiać na dokonaniach cywilizacji przyszłości, zacznie obracać się ku kosmicznym panoramom i przestrzeni. Tam obiektyw pokazuje wszystko, co najlepsze w gatunku. Jednak w przeciwieństwie do filmu Nolana statki nie stanowią jasnej ledwo zauważalnej kropki na ciemnym nieboskłonie, a dumnie wypełniają kadr.

Gdy wrócimy jednak z kosmosu na twardą ziemię, kolory są iście bladerunnerowe. Palety barw są bardzo mocno nasycone, dając charakterystyczny odbiór różnych lokacji. Mars świeci się cały na pomarańczowo, kosmos jest chłodny, Ziemia jest taka... nasza. To nie koniec elementów pokrywających się z nowym "Łowcą Androidów". Tempo "Ad Astra" daje podobne uczucie obcowania ze światem. Jest powolne, wysmakowane, dające nacieszyć oko kolejnymi świetnie zrobionymi kadrami, albo jak można złośliwie powiedzieć, ślimaczo wolne i nudne. Dla mnie możliwość cieszenia się światem pokazanym na ekranie jest jak najbardziej pozytywna, ale część widowni może przyprawić o krótką drzemkę w kilku momentach. Jest to dość ciekawe, bo film jest krótszy od "Blade Runnera 2049" o ponad 40 minut – ma lekko ponad dwie godziny.

Powolne tempo przejawia się również w muzyce, która jest przez cały seans dość nierówna. Często przechodzi w ambient lub syntezatory, wtedy jest naprawdę dobrze, całość ma swój własny klimat, niestety często psuty przez wyznaczające ton ciche smyczki w ważnych dla fabuły momentach.

Czas wreszcie na coś o fabule i aktorstwie. Bohater jest niezbyt rozbudowany, wręcz archetypiczny i przez to uniwersalny. Nadaje to trochę patetyczny wydźwięk historii, ale chyba jest to cecha wspólna filmów o eksploracji kosmosu, no bo co w końcu ma nie być patetyczne jak właśnie kosmos. Budowa scenariusza jest nieskomplikowana, nie odbiega w żaden sposób od znanych w kinie schematów. Cel i motywacja Brada Pitta jako Roya McBride'a jest prosta. Odnaleźć ojca, legendę astronautyki, zgubionego gdzieś w głębokim kosmosie wiele lat temu. Praktycznie więc od razu mamy świadomość, że najbliższe dwie godziny spędzimy na oglądaniu samotnego Brada Pitta poszukującego swojego rodzica. Misja jest ściśle tajna, więc przez większość czasu będziemy sam na sam z Royem. W tych momentach aktorsko Pitt wypada najlepiej, widać emocje, jesteśmy razem w tej małej puszce przemierzającej przestrzeń, rozumiemy, co przeżywa. Co może i nazbyt dobitnie tłumaczy bohater narracją zza ekranu.

Od pewnego momentu kiedy zostajemy praktycznie sami z Pittem, robi się coraz bardziej filozoficznie, co niestety nie wypada tak świetnie jak w dwóch wspomnianych wcześniej filmach. Cała otoczka typowa dla sci-fi jest tutaj obrócona w dość mocny banał, na domiar złego wypowiedziany przez głównego bohatera gdzieś w trakcie finału. Nie można jednak odmówić mu tego że się stara i chce mieć jakiś charakter, a i czy każde kino fantastyki naukowej musi być filozoficznym rollercoasterem na miarę "Blade Runnera"? Można więc stwierdzić że "Ad Astra" stoi w rozkroku między kosmicznym kinem przygody bądź filmem drogi a rozmyślaniami na tematy bardziej ambitne. Forma przemawia za tym drugim, treść już nie aż tak precyzyjnie się definiuje. W pewnym momencie filmu mamy nawet przesłanki że skręcimy w stronę "Obcego" ale rozwiązanie pozostawię już do zobaczenia osobiście w kinie.

Bo sumując, jest to kawał dobrze zrealizowanego science fiction, na które warto się wybrać. Ma swoje problemy, jednak jako całość się broni i ma swój klimat oraz kilka naprawdę dobrych momentów wartych doświadczenia samemu na dużym ekranie. Ciężko jest też tego filmowi nie wybaczyć, no bo w końcu, per aspera ad astra.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
pan_roko
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię