Recenzja filmu Nina (2018)
Olga Chajdas

Słowo na L

Klisza famme fatale i niepoprawnego uwodziciela zmieniającego się pod wpływem prawdziwej miłości została przetworzona na potrzeby opowieści o mniejszości. Znane? No pewnie! Ale doskonale obrazuje ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Nina (2018)
Już na początku swojego pełnometrażowego debiutu Olga Chajdas jasno określa jego problematykę. Rozterki Niny (Julia Kijowska), symbolicznie rozpięte między Gustave'em Flaubertem i Jeanem-Lukiem Godardem a Katarzyną Kozyrą i Natalią Bażowską, mogą wydawać się sprzeczne – na pierwszy rzut oka trudno bowiem pożenić XIX-wieczną powieść realistyczną i la Novelle Vague z wideo-artem, w którym nadzy mężczyźni paradują z doczepionymi waginami, czy instalacją reprezentującą kobiece łono. Wszystko jednak łączy się w spójną historię (lub raczej herstorię). Tytułowa bohaterka, trzydziestoparoletnia nauczycielka francuskiego, nie może narzekać na swój los. Pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny, ma ładne mieszkanie; namiętność w małżeństwie z Wojtkiem (Andrzej Konopka) wprawdzie powoli przygasa, ale żyje im się dobrze. Do pełni szczęścia Ninie brakuje tylko dziecka. Uprzywilejowana pozycja pozwala jej szukać rozwiązań, które znajdują się poza zasięgiem przeciętnej mieszkanki Warszawy. Niestety, znalezienie idealnej kandydatki na surogatkę nie jest łatwym zadaniem.

photo.title   photo.title   photo.title

Kiedy więc w życiu bohaterki pojawia się Magda (Eliza Rycembel), nic nie zapowiada rewolucji. Ba, wszystko wskazuje na to, że obie kobiety będą chciały pożegnać się ze sobą tak szybko, jak to tylko możliwe. Magda uważa Ninę za wyniosłą i pretensjonalną paniusię, zaś Nina widzi w Magdzie jedynie środek do osiągnięcia celu – ciało do wynajęcia na dziewięć miesięcy i śliczną buzię, której rysy ma nadzieję odnaleźć w twarzy potomka. Ale jak mówi stare porzekadło, kto się czubi, ten się lubi. Im więcej czasu Nina spędza w towarzystwie dziewczyny, próbując przekonać ją do swojego planu, tym trudniej sprowadzać jej ją do czysto fizycznego wymiaru. Niechęć stopniowo przeradza się w koleżeństwo i szacunek, a stąd do zakochania jeden krok. Szybko okazuje się, że fascynacja jest obustronna. I choć wydaje się, że to uczucie nie ma szans na spełnienie, tytułowa bohaterka decyduje się przekroczyć społecznie przyjęte normy. Taki rozwój wydarzeń na pewno wywoła oburzenie wśród widzów zorientowanych na prawo, ale jeśli zastanowić się nad samą fabułą, to nie ma w niej nic odkrywczego. Ot, kolejny melodramat o rozpadzie związku i budowaniu szczęścia od nowa, tyle że odwracający kulturowe role przypisane do poszczególnych bohaterów ze względu na ich płeć.


Transgresja jest zresztą widoczna już na poziomie fizyczności aktorek kreujących role Niny i Magdy. Androgyniczna uroda Julii Kijowskiej przywodzi na myśl ikonę ruchu LGBTQ – Davida Bowiego z czasów "Low" czy kultowego "Aladdin Sane". Choć bohaterka wydaje się krucha i bezradna w obliczu swojego dramatu, w rzeczywistości to właśnie ona nosi spodnie w związku z Wojtkiem. Z kolei obdarzona urodą supermodelki Eliza Rycembel jest chłopczycą, która gra w nogę i odlewa się na ulicy, a kolejne kochanki dosłownie mijają się w drzwiach jej sypialni. W ten oto sposób klisza famme fatale i niepoprawnego uwodziciela zmieniającego się pod wpływem prawdziwej miłości została przetworzona na potrzeby opowieści o mniejszości. Znane? No pewnie! Ale doskonale obrazuje hasło "miłość nie wyklucza". Jak w jednej ze scen stwierdza Nina, płeć drugiej osoby nie powinna być czynnikiem decydującym o wspólnej przyszłości. Nie zakochujmy się w ideach. Zakochujmy się w osobach.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).
Ewelina Leszczyńska
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)