Recenzja filmu What the Fuck? (2014)
Raphaël Frydman

Skok na kasę

Twórcy filmu każą więc widzom płacić za to, co już za darmo obejrzeli. Wstawki fabularne mają być nowością, ale nie usprawiedliwiają one realizacji filmu.
Filmweb sp. z o.o.
Jeśli nie jesteście niedzielnymi internautami, to doskonale wiecie, kim jest Rémi Gaillard. Francuz, 39-letni mieszkaniec Montpellier, jest bowiem jedną z największych osobowości w sieci. Jego zwariowane wyczyny zostały obejrzane ponad miliard razy. Do historii przeszedł jego żart z 2002 roku, kiedy to wkręcił samego prezydenta Francji Jacquesa Chiraca. Nic więc dziwnego, że w końcu trafił i do kina. Niestety, mam złą wiadomość dla wszystkich fanów Gaillarda. Tytuł "What the Fuck?" doskonale oddaje nastroje, jakie będą Wam towarzyszyć w czasie seansu. Całość pozostawia bowiem gorzki smak rozczarowania i trudno jest film oceniać inaczej, jak tylko jako formę ordynarnego wyciągania kasy od naiwniaków. W tym sensie, "What the Fuck?" jest największym dowcipem Gaillarda, którego ofiarami są wszyscy ci, którzy dadzą się naciągnąć na zakup biletu do kina.

photo.title

W teorii "What the Fuck?" można nazwać filmem fabularnym. Opowiada bowiem historię, w której Rémi Gaillard gra samego siebie. Jest rozpoznawalnym celebrytą, a pielęgnowanie swojej sławy i wymyślanie kolejnych gagów zajmuje mu większość czasu, na czym cierpią zarówno jego relacje z przyjaciółmi, jak i - a może przede wszystkim - związek z Sandrą. Kiedy dziewczyna grozi mu odejściem, bohater postanawia się ustatkować. Faszeruje się więc lekami, chodzi na spotkania anonimowych dziwaków i stara się prowadzić szarą, bezbarwną egzystencję. Ale wyzbyć się tego, co definiuje jego "ja", nie będzie wcale łatwo...

photo.title

W rzeczywistości "What the Fuck?" jest przeglądem 15-letniej działalności Gaillarda. Na ekranie zobaczycie fragmenty wszystkich jego najsłynniejszych popisów. Oczywiście większość z nich jest przezabawna i łatwo zrozumieć, dlaczego miliony osób na całym świecie odwiedzają jego kanał na YouTubie. Problem polega na tym, że Gaillard nie pokazuje tu nic nowego. Wszystko można było już zobaczyć (i to w całości) w Internecie. Twórcy filmu każą więc widzom płacić za to, co już za darmo obejrzeli. Wstawki fabularne mają być nowością, ale nie usprawiedliwiają one realizacji filmu. Gaillard próbuje być w nich kimś na kształt Trampa Chaplina czy Jasia Fasoli, ale może poza jedną sceną naprawdę słabo mu to wychodzi. Stare gagi za każdym razem przyćmiewają jego nowe filmowe popisy.

photo.title

N'importe Qui to marka, która mogła uczynić z Gaillard prawdziwą kinową gwiazdę. Niestety, twórcy "What the Fuck?" nie poszli śladami Sachy Barona Cohena i ekipy Jackass i nie przygotowali na potrzeby kina nowych, zwariowanych gagów. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego podjęto właśnie taką decyzję. Przecież wystarczyło dać kilka szalonych żartów, których nikt wcześniej nie widział i Gaillard miałby prawdziwy hit. "What the Fuck?" nie można też uznać za dokument, nie jest żadną próbą analizy zjawiska, jakim jest popularność bohatera. Film jest po prostu nijaki. Mogę go polecić wyłącznie hardcore'owym fanom francuskiego żartownisia, których tak naprawdę nie będzie obchodzić to, co pojawi się na ekranie. Dla nich zakup biletu na film będzie formą wyrażenia swojej wdzięczności za lata śmiechu. Całej reszcie polecam jednak wizytę w internecie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 90% uznało tę recenzję za pomocną (48 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 1/10 nieporozumienie