Recenzja Sezonu 2

One Piece (2023)
Marc Jobst
Tim Southam
Iñaki Godoy
Emily Rudd

Rzucić wszystko, zostać piratem

Twórcy nie spieszyli się z drugim sezonem. Otrzymali też na niego zdecydowanie większy budżet i to widać. Kontynuacja "One Piece" właściwie wszystko robi lepiej w porównaniu z pierwszą, i tak już
Rzucić wszystko, zostać piratem
Właśnie teraz, kiedy prawdziwy świat staje się coraz bardziej przerażającym i nieprzewidywalnym miejscem, najwięcej ukojenia przynosi wypłynięcie na szerokie wody fantazji. Po ponad dwóch latach od premiery aktorskiego "One Piece" załoga "słomkowych" piratów powraca, by postawić maszt, obrać niebezpieczny kurs na Grand Line i wyruszyć na poszukiwanie tytułowego skarbu. Drugi sezon serialu obejrzałam z dziecięcym zachwytem – zupełnie, jakby radość i entuzjazm Luffy'ego zarażały nie tylko jego przyjaciół, ale i widzów.


W 2023 roku "One Piece" wziął z zaskoczenia wszystkich. Aktorska adaptacja rozpisanej na ponad sto tomów i wciąż tworzonej mangi, do tego z Amerykaninem w roli showrunnera i za pieniądze nieprzejmującego się jakością swoich tytułów Netflixa – oczekiwania co do projektu były w zasadzie żadne. Serial Matta Owensa i Stevena Maedy dokonał jednak niemożliwego. Aktorskie "One Piece" pokochali zarówno fani oryginału, jak i osoby nieznające pierwowzoru. Serial stał się najchętniej oglądaną globalnie produkcją Netflixa drugiej połowy 2023 roku. Miłość do mangi i chęć stworzenia adaptacji wiernej z jej duchem – pomimo koniecznych skrótów i zmian – w połączeniu z wartką opowieścią i wyjątkowym, niewstydzącym się swoich animowanych korzeni stylem oraz niebojącym się absurdu humorem złożyły się na dzieło jedyne w swoim rodzaju. Eklektyczne i ekscentryczne, radosne i dzikie, a jednak w swoim sercu pozostające klasyczną opowieścią o przygodzie, przyjaźni, piratach i podróży w nieznane. 

Twórcy nie spieszyli się z drugim sezonem. Otrzymali też na niego zdecydowanie większy budżet i to widać. Kontynuacja "One Piece" właściwie wszystko robi lepiej w porównaniu z pierwszą, i tak już przecież bardzo dobrą, odsłoną. Emily Rudd (serialowa Nami) poproszona o podsumowanie drugiego sezonu w trzech słowach powiedziała w wywiadzie dla Cosmopolitana: "bigger, better, buddies". I to właśnie dostajemy.


Pod względem wizualnym pierwszy sezon był bardziej efektywny niż efektowny: twórcy radzili sobie z ograniczeniami budżetowymi dobrze, a pewna umowność świata przedstawionego i dekoracji pasowała do teatralnej, nieco groteskowej konwencji całości. Natomiast już drugi sezon pod względem realizacyjnym zachwyca. Fantastyczne lokacje, bogactwo kolorowego świata, wspaniała choreografia sekwencji walki i scen zbiorowych. East Blue i Grand Line to krainy, gdzie zobaczyć można dosłownie wszystko. Po raz kolejny wspaniałym dopełnieniem przygody jest muzyka; mam wrażenie, że tym razem lepiej wykorzystywana. Miło usłyszeć znane i lubiane motywy (np. piosenkę Aurory z "jedynki" w operowej wersji), ale i nowe kompozycje robią wrażenie. Moim osobistym ulubieńcem są wszystkie wersje motywu muzycznego towarzyszącego tajemniczej Miss All Sunday (Lera Abova).

Twórcy mają też lepszą kontrolę nad prowadzeniem opowieści. Narracja w drugim sezonie jest spójniejsza, bliżej trzyma się głównych bohaterów i rzadziej zagląda do kadetów z Marines. Fabuła ma dużo wyraźniejszy wątek przewodni, skoncentrowany na – bez wchodzenia w zbędne spoilery – nowej członkini załogi, Vivi (Charithra Chandran), której Luffy i reszta decydują się pomóc. "One Piece" pozostaje przy tym meandryczny i podporządkowany narracji drogi, płynący z nurtem nieprzewidywalnej przygody. Mamy w końcu do czynienia z opowieścią o piratach; chodzi w niej o to, by wędrówka była długa, ekscytująca i pełna niebezpieczeństw. Na szlaku poszukujących mitycznego skarbu bohaterów "One Piece" znajdują się wyspy zamieszkane przez dinozaury i skute lodem oraz nowe przyjaźnie i straszni wrogowie. Czasem trzeba zboczyć z trasy, by komuś pomóc, a czasem – bo za zakrętem kryje się lepsza zabawa. W jednym odcinku wzruszamy się historią czekającego na swoją załogę wieloryba, w następnym oglądamy na wstrzymanym oddechu Zoro, który urządza tarantinowską jatkę w skorumpowanym saloonie. Drugi sezon ma w sobie urzekającą swobodę i zachwyca pomysłowością, ale jednocześnie stanowi zgrabną całość i nie wpada na mielizny, co przytrafiało się chwilami nieco bardziej chaotycznemu sezonowi pierwszemu.


Nowe odcinki bywają też poważniejsze: stawka wydaje się wyższa, a niebezpieczeństwa bardziej realne. Gdy bohaterowie oddalają się od znanych sobie wód, pojawiają się przemoc, okrucieństwo i erotyczne podteksty. Głównym przeciwnikiem nie jest już szalony klaun, którego Luffy pokonał tyle razy, że przestał budzić jakąkolwiek grozę. Antagoniści z organizacji Baroque Works, którzy obierają sobie za cel załogę Słomkowych Kapeluszy, po prostu lśnią. To grupa poetycko zdeprawowanych i campowo przegiętych psychopatów, którzy budzą realne ciarki niepokoju i fascynacji. Sama nie wiem, na którego z tych złoli chciałabym trafić najmniej: na władającego mocą wosku pseudoartystę zamieniającego swoje ofiary w figury, na creepy dziewczynkę używającą magicznych farbek do podporządkowywania sobie ludzi czy na oblecha rzucającego we wrogów wybuchowymi gilami z nosa? "Barok" w nazwie Baroque Works absolutnie nie jest przypadkowy.

Nie tylko czarne charaktery są tu ciekawsze. Marines są cool jak nigdy wcześniej dzięki postaci żywcem wyjętego z kina akcji lat 80. Smokera (Callum Kerr). Cały drugi plan to galeria niezapomnianych postaci: od pary honorowych olbrzymów po smutnego reniferka. Twórcy rozumieją, że o sile "One Piece" decydują postacie i po raz kolejny casting okazuje się po prostu wybitny. Główni bohaterowie również ciekawie się rozwijają, a aktorzy doskonale czują swoje role. O ile w pierwszym sezonie "słomkowa" załoga dopiero się formowała i docierała, o tyle w drugim stanowi już zgraną paczkę przyjaciół. Nami po wydarzeniach z poprzedniego sezonu otwiera się na innych, choć nadal pozostaje tą samą zaradną i inteligentną nawigatorką. Władający trzema mieczami, poważny wojownik Zoro (Mackenyu) wykorzystuje każdą okazję, by udowodnić swoją wyższość czarującemu i eleganckiemu kucharzowi Sanji (Taz Skylar). Usopp (Jacob Romero) pozostaje najbardziej bezużytecznym i irytującym członkiem załogi. To postać pisana pod japońskie, typowo shōnenowe poczucie humoru: slapstickowa i nieporadna, pyszałkowata i tchórzliwa. Cieszy jednak, że w końcu i on dostał swoje mocne momenty, w których mógł udowodnić swoją wartość i zostać bohaterem dnia. 


Sercem opowieści pozostaje oczywiście kapitan Monkey D. Luffy (doskonały Inaki Godoy). Trochę agent chaosu o osobowości pięcioletniego dziecka, trochę inspirujący lider, który nigdy nie zostawi załogi w potrzebie. Posiadacz niezawodnej intuicji i magicznych mocy Diabelskiego Owocu, których natura wciąż pozostaje tajemnicą. To postać naznaczona pewnym szaleństwem, ale nigdy głupotą. Jest jak samo "One Piece". Jak duch szalonej przygody rodem z Nibylandii Piotrusia Pana albo z Krainy Czarów, do której przeniosła się Alicja. "One Piece" to triumf dzikiej wyobraźni, potoczystego bajdurzenia i słodkiego eskapizmu.
1 10
Moja ocena serialu:
9
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Sezonu 1 serialu One Piece
Przełożenie mangi, tudzież anime na filmy z aktorami nie należy do najłatwiejszych zadań. Sztukę tę do... czytaj więcej