Perkins sięga po głęboko osadzone, popkulturowe skojarzenia, dając jej do zjedzenia ciasto, a potem rzucając na drugą stronę lustra. I póki operuje niedopowiedzeniem, póki umieszcza ulotne
Lovecraftowska z ducha, bluźniercza geometria przeszklonego domu pośród lasu przyprawić może o obłęd. Wykorzystując kąty i płaszczyzny, o jakich nie śnił Euklides, jego piekielny architekt zaburza percepcję na tyle, że nie sposób w ogóle powiedzieć, jak wygląda pomieszczenie, w którym obecnie się znajdujemy. Strop sięgać może do samej podłogi, ściany łączyć się jedynie nominalnie, a belki luźno zwisać pod powałami niczym umęczone robotą ramiona. Oz Perkins zna się na rzeczy; potrafi patrzeć jednocześnie tu i tam, do środka i na zewnątrz. Niemała w tym zasługa operatora, Jeremy’ego Coxa, będącego przecież jego oczami. A mowa o dziele nieprzeciętnej urody, gdzie każdy zaprojektowany z pietyzmem kadr wydaje się jakby wykrzywiony, jego umyślna symetria – zaburzona, choć często nie sposób powiedzieć, co jest tutaj nie tak. Uczucie niepokoju budowane nie nagłymi wyrzutami kortyzolu wywołanymi nagłym hukiem, ale subtelnymi środkami wizualnymi jest ogromnym atutem "Bezpiecznego miejsca", który to film dogotowuje się powoli, łagodnie doprowadzany do bulgoczącego wrzenia.
Tyle że, koniec końców, ten gar pełen osobliwości kipi od topornej ekspozycji, a w ostatnim akcie objaśnia zawijasy intrygi. Usadzeni jak studenci niesamowitości, słuchamy wykładu tłumaczącego, jak doszło do tego, do czego doszło. Szkoda, że do prawdy nie dociera wcześniej bohaterka, malarka Liz, która do położonego na odludziu domu przyjeżdża świętować rocznicę znajomości ze swoim partnerem, Malcolmem. Prędko zostaje tam sama, ale nawet przygniatana stopniowo szaleństwem wywołanym bliżej niesprecyzowanymi obawami, bywa niezrozumiale indolentna, choć Perkins sugeruje na każdym kroku, że to kobieta silna, bystra, niezależna. Niby takie prawidła horroru, że każdego można, trzeba nawet, zepchnąć do pozycji obronnej, ale w tym przypadku cierpi na tym psychologiczny portret postaci, z którą te półtorej godziny spędzamy.
Liz snująca się po domu również, jak i my, otrzymuje dostęp do krainy znajdującej się gdzieś na peryferiach pola racjonalnego pojmowania. Perkins sięga po głęboko osadzone, popkulturowe skojarzenia, dając jej do zjedzenia ciasto, a potem rzucając na drugą stronę lustra. I póki operuje niedopowiedzeniem, póki umieszcza ulotne strachy gdzieś bliżej ramki kadru, na drugim, trzecim planie, udaje się "Bezpiecznemu miejscu" utrzymać atmosferę grozy. Aczkolwiek zbyt prędko idzie się zwyczajnie znużyć mnożącymi się niepewnościami, które długo nie znajdują ni rozwinięcia, ni choćby pozoru wytłumaczenia. Perkins ma ewidentną satysfakcję z knucia i kiedy formuła się wyczerpuje, praktycznie od razu przeskakuje do finału, jakby nie interesował go sam rdzeń filmu. Ostatni jego kwadrans, mimo że niepozbawiony niezłych ujęć, jest zwyczajnie rozczarowujący. Jak balast wyrzuca się tu zalegające odpowiedzi na narosłe uprzednio pytania.
Casting także nie jest sprzymierzeńcem tej opowieści. O ile Tatiana Maslany robi swoje, o tyle pozostali aktorzy, których jest zaledwie troje, zdają się źle obsadzeni. Rossif Sutherland jako Malcolm to chodzące ostrzeżenie, człowiek oschły, sztywny, zwyczajnie antypatyczny. Zdziwaczały, mieszkający po sąsiedzku kuzyn oraz jego partnerka z naszego zakątka Europy to również postacie wyciągnięte z innego porządku. Być może i to miało zbudować atmosferę dziwności, zaakcentować oderwanie tego miejsca i czasu od świata, lecz poskutkowało wyłącznie niepożądanymi atonalnościami. Scenariusz Nicka Leparda koncentruje się na efektach, nie powodach, co uszłoby, gdybyśmy mieli do czynienia z generycznym kinem gatunkowym kręconym przez wyrobnika. Perkinsowi zwyczajnie nie przystoi. Ale może pamiętać trzeba, że "Bezpieczne miejsce" to film nakręcony przez niego jakby przy okazji, podczas wymuszonej strajkiem przerwy na planie "Małpy". Żadne to usprawiedliwienie dla przeciętności.
Uwiera treściowa pustka tego niemałej urody dzieła, które chwilami nieśmiało sygnalizuje, że może chciałoby powiedzieć choćby słowo na temat duchoty niezdrowego, niejako wymuszonego okolicznościami związku zawartego z braku laku, ale Perkinsa ani trochę to nie interesuje. Ogółem jego grzechem jest brak artystycznej ciekawości. Kręci, jakby poznał już wszystkie tajemnice. A kolejny jego film na ekranach już niebawem. Oby faktycznie wiedział coś, czego my nie wiemy.
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu