Recenzja filmu

Maszyna do zabijania (2026)
Patrick Hughes
Alan Ritchson

Reacher kontra Predator

Jeśli schemat "polowania na bohaterów" budzi u was skojarzenia z "Predatorem", to całkiem słusznie; nie zdziwiłbym się zresztą, gdyby ten klasyczny film akcji stanowił dla Hughesa inspirację. W
Reacher kontra Predator
źródło: Materiały prasowe
Gdy po raz pierwszy usłyszałem o filmie Netfliksa pt. "Maszyna do zabijania" (w oryginale "War Machine"; nie mylić z inną produkcją Netfliksa pt. "War Machine"), z miejsca założyłem, że w tytule chodzi o głównego bohatera, w którego wciela się Alan Ritchson. Już w "Reacherze" aktor dał się poznać jako istny ludzki czołg, zasadne wydało mi się więc takie zatytułowanie filmu, w którym gra główną rolę. Czy moja interpretacja była błędna? Biorąc pod uwagę nieustępliwość i wytrzymałość protagonisty – nie do końca, choć w kategorii maszyn prym wiedzie ta, z którą mierzą się bohaterowie.

Ale po kolei. Głównego bohatera (nie znamy jego nazwiska) poznajemy dwa lata przed właściwą akcją filmu. I to w dramatycznych okolicznościach – on i grupa żołnierzy (w tym jego brat) zostają znienacka zaatakowani przez talibów, co doprowadza do śmierci prawie wszystkich członków oddziału. Przeżywa jedynie nasz protagonista i jego brat, choć ten drugi jest w ciężkim stanie – trzeba go przenieść do oddalonej o kilkanaście kilometrów bazy.


Do tamtych wydarzeń wracamy jeszcze kilkakrotnie w retrospekcjach, natomiast z głównym bohaterem spotykamy się znów w momencie, gdy rozpoczyna trening, który ma go doprowadzić do zostania rangerem – członkiem elitarnego oddziału armii amerykańskiej. Bohater otrzymuje numer 81 i uparcie prze do przodu przez kolejne etapy szkolenia, stroniąc od kontaktów towarzyskich i mierząc się z traumą wydarzeń sprzed 2 lat. Nie opuszcza go myśl, że nie ma przy nim brata, który marzył o byciu rangerem.

Pierwsze pół godziny "Maszyny do zabijania" to w zasadzie nakręcona bardzo patetycznie opowieść o tym, jak wygląda trening na rangera. Armia przedstawiona jest w sposób, którego nie powstydziłby się Michael Bay (żeby nie było wątpliwości – reżyserem i współscenarzystą filmu jest Patrick Hughes), a całość treningu zmontowano tak, że w tle można by było podłożyć słynną piosenkę "Zrobię z was mężczyzn" z "Mulan" Disneya. Nikogo nie zdziwi, że 81 dociera do ostatniego etapu treningu, w którym wraz z dowodzonym przez niego oddziałem ma wykonać misję w terenie.


I tutaj akcja się zagęszcza, bowiem żołnierze zamiast celu misji napotykają na swojej drodze tajemniczą maszynę (zgadliście, tę do zabijania), która po uaktywnieniu się zaczyna polować na rekrutów i bezlitośnie mordować wszystkich w zasięgu jej skanera. Od tego momentu Hughes nie odpuszcza już ani widzom, ani bohaterom – żołnierze bez przerwy uciekają, z jednej beznadziejnej sytuacji wpadają w drugą, kamera jest w ciągłym ruchu, a muzyka niemal nieustannie dudni z głośników. Trzeba przyznać, że jest to nakręcone sprawnie, choć całość ma trochę konstrukcję gry, gdzie kolejne sceny akcji to następne etapy rozgrywki. W jednym z nich bohaterowie uciekając przed napastnikiem, muszą przeprawić się przez rzekę, w innym unikać nadlatujących pocisków, w jeszcze kolejnym uciekać pancernym autem, jednocześnie transportując rannego na noszach. I tak dalej.

Jeśli schemat "polowania na bohaterów" budzi u was skojarzenia z "Predatorem", to całkiem słusznie; nie zdziwiłbym się zresztą, gdyby ten klasyczny film akcji stanowił dla Hughesa inspirację. W tym przypadku na bohaterów nie czyha jednak humanoidalny kosmita, lecz robot (co z kolei może przywołać na myśl Decepticony z "Transformers", tylko że w kategorii R i z mniej wyszukanym projektem maszyny). Hughes na początkowym etapie konfrontacji z robotem ukazuje całkiem sporą grupę żołnierzy – teoretycznie tych najlepszych – ale szybko się ich pozbywa. Rzeczywistość weryfikuje nastawienie rekrutów, którzy w starciu z nieznanym zagrożeniem wypadają blado, a wręcz trochę ułatwiają mu zadanie, przebywając na otwartych terenach i wciąż na niego wpadając. W efekcie dość regularnie oglądamy na ekranie rozczłonkowane ciała i rozbryzgi krwi (całkiem realistyczne; w ogóle "Maszyna do zabijania" może pochwalić się udanymi efektami specjalnymi). Najtrzeźwiej myślący jest oczywiście grany przez Ritchsona 81, choć nawet on nie jest w stanie w pojedynkę uratować swojej ekipy.


Od czasu do czasu pędząca akcja zwalnia na chwilę, by zagłębić się w traumy 81 i ukazać jego motywacje – czy to poprzez retrospekcje, czy jego rozmowy z innymi bohaterami. Ritchson ma okazję pokazać się tu nie tylko jako gwiazdor kina akcji, lecz także w bardziej dramatycznej odsłonie i wychodzi z tego obronną ręką, choć nie sądzę, by 81 miał stać się tak ikonicznym bohaterem, jak choćby Dutch z "Predatora". Nie zapamiętamy także innych postaci – choć pojawiają się tu popularni aktorzy, np. Dennis Quaid czy Jai Courtney (w roli brata 81), nie mają okazji zagrać postaci, o których myślelibyśmy dłużej.

Niewykluczone natomiast, że Ritchsona zobaczymy jeszcze w roli 81 – zakończenie "Maszyny do zabijania" daje przestrzeń na kontynuację o większej skali i choć nową propozycję Netfliksa traktuję jako film "na raz", ciekawi mnie, w jakim kierunku Hughes rozwinąłby fabułę. Koniec końców, oglądając zmagania Ritchsona z robotem, bawiłem się naprawdę nieźle.
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?