Recenzja filmu Panda i banda (2019)
Natalya Nilova

Zwierzaki średniaki

Choć "Panda i banda" są reklamowane jako nowe dzieło scenarzysty "Madagaskaru", rosyjska animacja nie gra w tej samej lidze co superprodukcja DreamWorksa. Różnica jakości nie bierze się jednak z ...
Filmweb sp. z o.o.
Nie dajcie się zwieść. Choć "Panda i banda" są reklamowane jako nowe dzieło scenarzysty "Madagaskaru", rosyjska animacja nie gra w tej samej lidze co superprodukcja DreamWorksa. Różnica jakości nie bierze się jednak z dysproporcji budżetowych lecz odmiennych strategii artystycznych. Podczas gdy Amerykanom zależało na tym, aby dostarczyć solidną rozrywkę dla widza w każdym wieku, Natalya Nilova i spółka skupili się wyłącznie na najmłodszej publice. Pewnie nie byłoby w tym nic złego, gdyby tylko twórcy nie przyjęli założenia, że skoro odbiorca jest mały, to niewiele mu do szczęścia potrzeba.


W scenariuszu można dopatrzeć się od biedy inspiracji takimi klasykami jak "Trzech mężczyzn i dziecko" czy "Czarnoksiężnik z Oz", Oto mieszkający w Rosji niedźwiedź i zając z winy niezdarnego kuriera-bociana stają się  opiekunami maleńkiej pandy. Nie ma rady, panowie muszą wyruszyć w podróż do Chin, aby zwrócić niemowlaka jego rodzicom. Po drodze spotykają kolejne zwierzęta: tchórzliwego wilka, tygrysa-poetę oraz ptaka-mitomana. Z ich pomocą udaje im się pokonać kolejne przeszkody (w tym płacz dziecka), a także obronić malucha przed pałającym żądzą zemsty pytonem. Przy okazji odkrywają potęgę przyjaźni i uczą się pracy zespołowej.



Choć od czasów pierwszej Molesty wiadomo niby, że prostota nie snobstwo szacunek budzi, to jednak chciałoby się, aby twórcy "Pandy" nie robili wszystkiego po linii najmniejszego oporu. Naprawdę nic by się nie stało, gdyby każdy z bohaterów miał więcej niż jedną cechę szczególną,  w maratonie slapstickowych gagów znalazłoby się miejsce na szczątkowy choćby rozwój postaci, a na ścieżce dźwiękowej zamiast utworów Bobby'ego McFerrina i Boney M zagościły mniej wyeksploatowane piosenki. Z kolei polski dialogista mógłby przystopować z rymami częstochowskimi oraz odnoszącymi się do bieżących wydarzeń żartami, których za parę lat nikt już nie będzie rozumiał. Inna sprawa, że do filmu Nilovej w przyszłości prawdopodobnie mało komu będzie się chciało wracać.


Stosunkowo najciekawiej wypadają tu sceny akcji, w które filmowcy wplatają ujęcia stylizowane na efekty pracy kamery GoPro. Dodajcie do tego przyzwoite tempo intrygi oraz słodkiego tytułowego misia, a otrzymacie animację, na którą od biedy możecie wybrać się z pociechami z okazji Dnia Dziecka. Ostrzegam jednak lojalnie:  to film dozwolony do lat siedmiu. Jeśli nie łapiecie się do "targetu", nie zapomnijcie zabrać do kina poduszki.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie