Recenzja filmu

Kokuho (2025)
Sang-il Lee
Ryō Yoshizawa

Albo triumf, albo hańba 

Nie można odmówić "Kokuho" imponującej artystycznej wizji. Lee Sang-il z pieczołowitością odtwarza historyczne realia, składa hołd scenicznej tradycji (nominacja do Oscara za najlepszą
Albo triumf, albo hańba 
W Japonii kokuho, Skarb Narodowy, to osoba, która cieszy się najwyższym uznaniem. Artystyczna elita, z całym bagażem pozytywnych i negatywnych skojarzeń związanych z tym słowem. Tytuł kokuho przyznają władze, a liczba osób, które noszą to miano, jest ściśle ograniczona: to maksymalnie 116 osób, więc tylko śmierć jednej z nich pozwala przyznać zaszczyt kolejnej twórczyni lub twórcy. Jak istotne jest to zjawisko dla odbiorców japońskiej kultury, może świadczyć choćby fakt, że "Kokuho" to najbardziej kasowy film aktorski na tamtejszym rynku, w box office’owym zestawieniu wszech czasów wyprzedza go tylko kilka filmów anime.


Tytuł kokuho to największa ambicja Kikuo Tachibany (Ryo Yoshizawa), młodego onnagata, czyli aktora odgrywającego żeńskie role (w tradycyjnym teatrze kabuki kobiety wciąż nie mogą występować na scenie). Jako chłopiec zaczynał karierę we wczesnych latach 60. na prowincjonalnej scenie, gdzie wypatrzył go mistrz Hanai Hanjiro II (Ken Watanabe) i postanowił otoczyć młodzieńca opieką oraz zapewnić mu zawodowe szkolenie. Zwłaszcza że ojciec Kikuo, szef yakuzy, został właśnie zamordowany przez konkurencyjny gang, więc chłopak potrzebuje nie tylko wsparcia, lecz również ojcowskiej figury, która wyprowadzi go ze świata przemocy do świata wielkiej sztuki. Kikuo pobiera nauki wraz z Shunsuke (Ryusei Yokohama), synem Hanaiego, a ich relacja, przeskakująca od rywalizacji do zgodnej współpracy, jest jedną z osi fabularnych filmu Lee Sang-ila

"Kokuho" rozpisuje losy Kikuo na półwiecze, tworząc kronikę aktorskich wzlotów, upadków, triumfów i porażek. Rytm tej opowieści wyznaczają fragmenty fantastycznie zainscenizowanych spektakli teatru kabuki (Yoshizawa i Yokohama ćwiczyli sceniczne występy przez półtora roku pod okiem jednego z mistrzów sztuki aktorskiej), arcydzieł gatunku, wybranych tak, by stanowiły jednocześnie dyskretny komentarz do fabuły filmu.

 

Lee Sang-il prowadzi widzów przez życie swojego bohatera, ale jednocześnie zagląda za kulisy teatru, przypominając, że za kunszt i sławę przychodzi zapłacić wysoką cenę. A Kikuo jest w stanie poświęcić dla nich wszystko: fizyczny i psychiczny wysiłek to dopiero początek; aktor kabuki marzący o najwyższych zaszczytach musi na ołtarzu sztuki złożyć relacje z rodziną i przyjaciółmi, a także zaufanie, jakim obdarzyli go inni ludzie. W świetnej interpretacji Ryo Yoshizawy (nastoletniego Kikuo gra równie dobry Sōya Kurokawa, który kilka lat temu debiutował w "Monsterze" Hirokazu Kore-edy) bohater "Kokuho" wkracza na ścieżkę, z której nie ma odwrotu. Z młodocianego buntownika, który chce (lecz nie potrafi) pomścić zamordowanego ojca, staje się pozbawionym skrupułów tytanem sceny, który być może widzi w teatrze jakiś odpowiednik yakuzy: tylko dzięki bezwzględności i żelaznej dyscyplinie możesz wedrzeć się na sam szczyt. Albo triumf, albo hańba, trzeciej możliwości nie przewidziano. 


Z biegiem czasu Lee Sang-il niuansuje portret Kikuo, wprowadza do jego historii inne tonacje, próbuje uchwycić pełnię jego doświadczeń, tak by "Kokuho" było nie tylko opowieścią o wyboistej i trudnej drodze aktora, lecz także namysłem nad duchową kondycją człowieka. Jego film pozostawia czasami wrażenie chaosu: niektóre wątki nie doczekają się porządnego rozwinięcia, część postaci pojawia się, by zniknąć bez śladu, inne – ważne z fabularnego punktu widzenia – zdają się ledwie naszkicowane. Po części wynika to zapewne z trudności związanych z przeniesieniem na ekran literackiego oryginału: powieść Shuichiego Yoshidy, będąca podstawą scenariusza (jego autorką jest Satoko Okudera, która przez lata współpracowała m.in. z Mamoru Hosodą), to opasły tom, na podstawie którego można byłoby zapewne nakręcić solidny serial. Podobno pierwsza wersja filmu trwała ponad cztery i pół godziny; wycięcie jednej trzeciej gotowego materiału nie mogło odbić się korzystnie na spójności fabuły. Jednak tę fragmentaryczną narrację, pomijającą często długie okresy w życiu bohatera, można również postrzegać jako próbę oddania nieprzewidywalności i chaosu egzystencji, wydarzeń, nad którymi nie ma się kontroli, mniej lub bardziej przypadkowych spotkań, konsekwencji podejmowanych na różnych etapach decyzji. 


Z pewnością jednak nie można odmówić "Kokuho" imponującej artystycznej wizji. Lee Sang-il z pieczołowitością odtwarza historyczne realia, składa hołd scenicznej tradycji (nominacja do Oscara za najlepszą charakteryzację nie była przypadkowa) i największym mistrzom teatru, a jednocześnie pozwala na nią spojrzeć oczyma przybysza z zewnątrz: piękne zdjęcia zrealizował wybitny tunezyjski operator Sofian El Fani, patrzący na hermetyczny świat kabuki z miłością i fascynacją, które potrafią udzielić się widzom.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?