Zaczyna się nieźle. Nocny pociąg toczący się po bezdrożach Wirginii przecina reflektorami wszechobecną ciemność. Z niej wyłaniają się porzucone przy torowisku zwłoki młodej kobiety. Ciało jest skrępowane w taki sposób, że desperackie wierzgnięcia nóg musiały zaciskać pętlę na jej szyi. Ręce za plecami związane są na wysokości łokci, bo zabójca uprzednio odciął jej dłonie.
Cały ten makabryczny spektakl oglądamy z bliska, gdy na miejscu zbrodni zjawia się Key Scarpetta (Nicole Kidman), nowa/stara naczelna patolog sądowa stanu Wirginia. Nowa, bo gdy wezwano ją na miejsce zbrodni, nie zdążyła jeszcze złożyć ślubowania. Stara, bo na stanowisko wraca po latach przerwy.
Choć pod jej nieobecność sporo się zmieniło, to doktor Key od razu czuje, że sytuacja jest dziwnie znajoma. Głównie dlatego, że sposób, w jaki zabito kobietę, przypomina jej o sprawie sprzed niemal 30 lat, gdy na stołku naczelnej patolog dopiero się rozsiadała. Serial szybko cofa nas o 28 lat w przeszłość. Młodą Scarpettę gra Rosy McEwen, która radzi sobie w tej roli być może lepiej od laureatki Oscara.
Scarpetta McEwen trafia na trop seryjnego mordercy kobiet, który swoje ofiary uśmierca tak, jak ten z teraźniejszości. Czy to ta sama osoba? A jeśli tak, to czy oznacza to, że lekarka z kolegami obarczyła przed laty winą niewłaściwą osobę?
Skoro o kolegach mowa – doktor Scarpetta nie pracuje sama. W rozwiązaniu spraw pomaga jej detektyw Pete Marino, w którego wcielają się bardzo dobry Bobby Cannavale i jego syn Jake Cannavale (jako młodsza wersja postaci). Z ramienia FBI w sprawę sprzed lat zaangażowany jest Benton Wesley (znany z "Mentalisty" Simon Baker jako starsze wcielenie i Hunter Parrish jako agent junior).
Po latach całą trójkę łączy już nie wspólna praca, ale więzi rodzinne. Wesley i Scarpetta w międzyczasie się pobrali, a Marino ożenił się z siostrą Key – Dorothy (najlepiej bawiąca się na planie Jamie Lee Curtis). Co znaczące, cała czwórka mieszka chwilowo w jednym domu (!) – rodzinnej posiadłości Bentona. Tuż za nią mieszka jeszcze córka Dorothy z jednego z wielu jej poprzednich związków – Lucy (Ariana DeBose), która jakiś czas temu pracowała w FBI jako ekspertka od cyberprzestępczości, a obecnie opłakuje nagła śmierć swojej żony, Janet (Janet Montgomery). Opłakuje jednym okiem, bo drugim wciąż wpatruje się w ekran monitora, na którym "żyje" sobie obsługiwany przez AI avatar Janet (!).
Mało wrażeń? To dopiero luźny zarys pierwszego odcinka "Scarpetty". Oglądając go, zatęskniłem za starym, dobrym "Hannibalem". Tam też kryminał mieszał się z atmosferą grozy, martwe ciała pokazywano odważnie, wręcz wymownie, sceny profilowania zabójców na miejscu zbrodni przypominały introspektywny teatr.
Z tego opisu można by wywnioskować, że "Scarpetta" to rasowy kryminał. Prawda jest inna. To potwór Frankensteina – pozbawiony duszy twór powstały przez wymieszanie ledwie dopasowanych do siebie elementów. Jest kryminał i rodzinny dramat, nieco grozy, sporo groteski, kilka romansów i wszystko inne, co dało się podpatrzeć w "Z Archiwum X", "Detektywie", "Kościach", "Mentaliście", "Mindhunterze" i wspominanym "Hannibalu".
Serialowi udaje się posuwać fabułę do przodu z odcinka na odcinek, ale robi to raczej powłócząc nogami – na tyle niezgrabnie i bez wyczucia rytmu, że się przy tym co chwila potyka. Atmosfera grozy wyparowuje po dwóch odcinkach – to je reżyserował David Gordon Green znany z nowych odsłon slashera "Halloween" – za oba projekty odpowiada zresztą studio Blumhouse, które współpracowało przy "Scarpetcie" z Comet Pictures należącym do Jamie Lee Curtis. To ona wpadła na pomysł, by zaadaptować niezwykle poczytną serię książek Patricii Cornwell.
Fabuła serialu stara się połączyć wątki z pierwszej – "Post mortem" i dwudziestej piątej (z dwudziestu dziewięciu) "Autopsy". Robi to niestety bez ładu i składu. Jedne wątki nagle się ucinają, kryminalne zagadki są w gruncie rzeczy nijakie, a ich rozwiązania okazują się zarazem zaskakujące i nudne. Czyli dokładnie takie, by nawet najbardziej spostrzegawczy widz nie miał szans ich rozwikłać, a ten oglądający serial z dłońmi zajętymi telefonem i widelcem, nie czuł, że jakiś nagły twist wybił go z pobocznych czynności.
Pewne wątki są wręcz kuriozalne, jak choćby sztuczna inteligencja traktowana przez bohaterów – jak prawdziwa żona Lucy. W dobie współczesnej dyskusji o zagrożeniach i nadziejach (ale głównie zagrożeniach) związanych z AI, naprawdę przydałby się tu mocniejszy komentarz niż tylko przyczynek do kilku melodramatycznych scen.
"Scarpetta" tak często zresztą zagłębia się w obyczajowe sprawy między bohaterami, biurokratyczne spiski i inne, nigdy niepodomykane wątki, że gubi gdzieś główne śledztwo. A właściwie dwa, bo pamiętajmy, że mamy tu przeskoki czasowe rodem z "Detektywa". Tyle że powciskane w dość losowych momentach i niewiele wnoszące do samego serialu. A raczej dwóch seriali zmieszanych ze sobą w nastawionym na wysokie obroty blenderze.
Znacznie lepszym pomysłem byłoby ograniczenie narracji do jednej płaszczyzny czasowej i rozegranie ówczesnego śledztwa po bożemu. Tyle że jeśli do adaptacji twórcy podeszliby chronologicznie, w serialu nie mogłyby zagrać trzy laureatki Oscarów: Kidman, Curtis i DeBose. A to ich obecność ratuje widzów przed znojem oglądania.
Kilka co bardziej emocjonalnych scen Kidman i Curtis jest naprawdę bardzo dobrych. W zasadzie ilekroć gwiazda "Halloween" pojawia się na ekranie, robi się bardziej emocjonująco. Jej Dorothy jest rubaszna, ekspresyjna, pyskata i do przesady dramatyczna. Widać, że jako główna producentka, Jamie Lee Curtis doskonale wiedziała, którą rolę wybrać.
Nużący finał zapowiada drugi sezon. Ten jest już ponoć potwierdzony przez twórców. Cóż. Książki o Key Scarpetcie są w Stanach Zjednoczonych bestsellerami od lat. Ale przy takim poziomie ich adaptacji, nie liczyłbym na 29 sezonów. Ani nawet 5 – gdyby twórcy zechcieli wpakować do fabuły nie dwie, ale cztery powieści na serię. Ta "Scarpetta" zniknie gdzieś pod pralką, zanim Amazon zdąży doliczyć do czterech.