Recenzja filmu

Behemot! (2026)
Tony Gilroy
Pedro Pascal
Olivia Wilde

Starszy człowiek i może

Na zmianę skacząc do przodu i do tyłu, Gilroy snuje opowieść o traumie, która może zdominować życie nawet bardzo ułożonego człowieka. 
Starszy człowiek i może
Są takie filmy, przy których czuć, że powstały ręką osoby doświadczonej; takiej, co swoje zdążyła już przeżyć. Jedni nazwą to kino "dziaderskim", inni dostrzegą w nim piękno i refleksję nad przeszłością. W tym miejscu możecie się już domyślić, że "Behemot!", najnowsze dziecko Tony’ego Gilroya, należy właśnie do tej kategorii. Reżyser skończył w tym roku 70 lat – to wiek, w którym myśli się już o przemijaniu. I to pewnie dlatego napisał scenariusz do filmu-wyznania, w którym główną rolę zagrał sam Pedro Pascal. 


Bardzo to wszystko rozliczeniowe, prywatne, chwilami intymne – czuć, że Gilroy na starość potrzebował wypluć z siebie taką opowieść, pewnie (choć to wyłącznie spekulacja) inspirowaną własnymi doświadczeniami. W filmie śledzimy losy Alexa Seriana (Pascal), utalentowanego wiolonczelisty, który po wielu latach decyduje się wrócić do rodzinnego Los Angeles. Niby powód jest prosty – zadarł nie z tą osobą, co trzeba, decydując się na romans z trochę-zbyt-intensywną-jak-na-jego-gust Carol (Olivia Wilde). Ona jest gotowa, aby porzucić męża i rozpocząć stabilny związek. On natomiast odpycha ją na każdym kroku – dlatego ucieka do LA. W jaki sposób uzasadnia swój wybór? Postępująca choroba matki.

Argument brzmi sensownie, ale Gilroy mnoży zbliżenia, jakby za wszelką cenę chciał przebić się przez skorupę Alexa. Sami czujemy w kościach, że to nie jest jedyny powód – zresztą, w trakcie seansu dowiadujemy się o trudnej relacji Alexa z jego bratem (Will Arnett) i ojcem (malusieńka, ale pamiętna rola Hanka Azarii). Czy ten sam facet, który przez około dwadzieścia lat uciekał od swojej przeszłości, faktycznie zdecydowałby się na nagły powrót do rodzinnego miasta?


Trudno w to uwierzyć – i właśnie dlatego Gilroy proponuje zabawę w stopniowe odkrywanie kart, na zmianę wracając do przeszłości Alexa i pokazując jego aktualne losy. Dzięki takiemu zabiegowi poznajemy jego dzieciństwo, początki kariery oraz przebieg relacji z bardzo ważną dla niego osobą (Eva Victor). Wszystkie te wydarzenia najczęściej nie są ukazane chronologicznie. Albo inaczej – niektóre może i są, ale dawkowane o nich informacje – te najważniejsze szczegóły definiujące życie muzyka – potrzebują czasu, aby wybrzmieć w następujących po sobie scenach. To wszystko zależy od Alexa – każda retrospekcja to jedynie kolejne wyparte wspomnienie powracające po latach.

Bywa, że natłok wątków (czyli flashbacków) utrudnia skupienie, ale pod koniec cała ta układanka (cokolwiek literacka: oglądanie tego filmu przypomina czytanie jakiejś arcydzielnej powieści) układa nam się w całość. Na zmianę skacząc do przodu i do tyłu, Gilroy snuje opowieść o traumie, która może zdominować życie nawet bardzo ułożonego człowieka. Alexowi przez całe życie wpajano, że nic nie jest zależne od niego. To dlatego nie potrafił działać w najważniejszych momentach, wykazywać choć trochę inicjatywy i – co najważniejsze – zawalczyć o miłość, kiedy była na to szansa. Poznajemy go w momencie trudnym, bolesnym; to prawdopodobnie ostatnia szansa, by spróbować odnaleźć sens w życiu, które dotychczas wydawało się zlepkiem losowych sytuacji.


Zaskakuje również sam Pascal, nareszcie roztropnie wyreżyserowany – ta jego pogubiona "star persona" działa na korzyść filmu i zdaje się przy tym do bólu rozczulająca. Nie jest on może najlepszym aktorem swojego pokolenia, ale jego ciepły głos i oczy smutnego pieska wystarczą Gilroyowi, by wyrzeźbić z niego faceta oschłego emocjonalnie, patrzącego przed siebie bez celu, chłodnego. 

Według reżysera "starszy" człowiek – mężczyzna w kwiecie wieku niczym Alex – wciąż "może". Pozostaje pytanie, czy znajdzie wystarczająco siły, by na nowo pokochać muzykę, a przy okazji docenić ludzi, których ma wokół siebie, nim będzie za późno. Nie ma co liczyć na to, że taki facet jak Alex zrealizuje ten plan z nawiązką. Ale jakby tak wypełnić go w połowie? Tak, to byłoby naprawdę coś.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?