Są takie filmy, przy których czuć, że powstały ręką osoby doświadczonej; takiej, co swoje zdążyła już przeżyć. Jedni nazwą to kino "dziaderskim", inni dostrzegą w nim piękno i refleksję nad przeszłością. W tym miejscu możecie się już domyślić, że "Behemot!", najnowsze dziecko Tony’ego Gilroya, należy właśnie do tej kategorii. Reżyser skończył w tym roku 70 lat – to wiek, w którym myśli się już o przemijaniu. I to pewnie dlatego napisał scenariusz do filmu-wyznania, w którym główną rolę zagrał sam Pedro Pascal.
Searchlight Pictures
Bardzo to wszystko rozliczeniowe, prywatne, chwilami intymne – czuć, że Gilroy na starość potrzebował wypluć z siebie taką opowieść, pewnie (choć to wyłącznie spekulacja) inspirowaną własnymi doświadczeniami. W filmie śledzimy losy Alexa Seriana (Pascal), utalentowanego wiolonczelisty, który po wielu latach decyduje się wrócić do rodzinnego Los Angeles. Niby powód jest prosty – zadarł nie z tą osobą, co trzeba, decydując się na romans z trochę-zbyt-intensywną-jak-na-jego-gust Carol (Olivia Wilde). Ona jest gotowa, aby porzucić męża i rozpocząć stabilny związek. On natomiast odpycha ją na każdym kroku – dlatego ucieka do LA. W jaki sposób uzasadnia swój wybór? Postępująca choroba matki.
Argument brzmi sensownie, ale Gilroy mnoży zbliżenia, jakby za wszelką cenę chciał przebić się przez skorupę Alexa. Sami czujemy w kościach, że to nie jest jedyny powód – zresztą, w trakcie seansu dowiadujemy się o trudnej relacji Alexa z jego bratem (Will Arnett) i ojcem (malusieńka, ale pamiętna rola Hanka Azarii). Czy ten sam facet, który przez około dwadzieścia lat uciekał od swojej przeszłości, faktycznie zdecydowałby się na nagły powrót do rodzinnego miasta?
Searchlight Pictures
Justin Lubin
Trudno w to uwierzyć – i właśnie dlatego Gilroy proponuje zabawę w stopniowe odkrywanie kart, na zmianę wracając do przeszłości Alexa i pokazując jego aktualne losy. Dzięki takiemu zabiegowi poznajemy jego dzieciństwo, początki kariery oraz przebieg relacji z bardzo ważną dla niego osobą (Eva Victor). Wszystkie te wydarzenia najczęściej nie są ukazane chronologicznie. Albo inaczej – niektóre może i są, ale dawkowane o nich informacje – te najważniejsze szczegóły definiujące życie muzyka – potrzebują czasu, aby wybrzmieć w następujących po sobie scenach. To wszystko zależy od Alexa – każda retrospekcja to jedynie kolejne wyparte wspomnienie powracające po latach.
Bywa, że natłok wątków (czyli flashbacków) utrudnia skupienie, ale pod koniec cała ta układanka (cokolwiek literacka: oglądanie tego filmu przypomina czytanie jakiejś arcydzielnej powieści) układa nam się w całość. Na zmianę skacząc do przodu i do tyłu, Gilroy snuje opowieść o traumie, która może zdominować życie nawet bardzo ułożonego człowieka. Alexowi przez całe życie wpajano, że nic nie jest zależne od niego. To dlatego nie potrafił działać w najważniejszych momentach, wykazywać choć trochę inicjatywy i – co najważniejsze – zawalczyć o miłość, kiedy była na to szansa. Poznajemy go w momencie trudnym, bolesnym; to prawdopodobnie ostatnia szansa, by spróbować odnaleźć sens w życiu, które dotychczas wydawało się zlepkiem losowych sytuacji.
Searchlight Pictures
Zaskakuje również sam Pascal, nareszcie roztropnie wyreżyserowany – ta jego pogubiona "star persona" działa na korzyść filmu i zdaje się przy tym do bólu rozczulająca. Nie jest on może najlepszym aktorem swojego pokolenia, ale jego ciepły głos i oczy smutnego pieska wystarczą Gilroyowi, by wyrzeźbić z niego faceta oschłego emocjonalnie, patrzącego przed siebie bez celu, chłodnego.
Według reżysera "starszy" człowiek – mężczyzna w kwiecie wieku niczym Alex – wciąż "może". Pozostaje pytanie, czy znajdzie wystarczająco siły, by na nowo pokochać muzykę, a przy okazji docenić ludzi, których ma wokół siebie, nim będzie za późno. Nie ma co liczyć na to, że taki facet jak Alex zrealizuje ten plan z nawiązką. Ale jakby tak wypełnić go w połowie? Tak, to byłoby naprawdę coś.