Recenzja filmu

Chata (2017)
Stuart Hazeldine
Sam Worthington
Octavia Spencer

Zaklinanie rzeczywistości

Twórcy "Chaty" sięgnęli po najlepsze sekciarskie wzorce, by przekazać widzom swoje przesłanie. Podstawowym narzędziem stało się więc bombardowanie "miłością", które obecne jest w każdym elemencie ...
Hollywood przez wielu traktowane jest jako przedsionek piekła, gdzie rządzą chciwość i miernota. Filmowa "Chata" robi dużo, by podtrzymać to przekonanie. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie pięknego i wzruszającego dzieła o Bogu i potędze Ich miłości. Niestety, jest to odpustowe piękno. Stworzony przez Stuarta Hazeldine'a i trzech scenarzystów film w rzeczywistości jest ordynarną próbą wyciągnięcia ciężko zarobionych pieniędzy z kieszeni chrześcijan. I niewiele zmienia tu fakt, że trzy osoby boskie są płciowo i rasowo zróżnicowane. Jest to bowiem jawna manipulacja, dzięki której twórcy próbują uspokoić swoje sumienia. Przekonać samych siebie, że przekazują światu przesłanie pokoju, tolerancji i miłości.

   

Niestety, ta manipulacja może okazać się skuteczna. Hazeldine i spółka skorzystali bowiem z historii, na którą mało kto będzie odporny. To opowieść o żałobie, gniewie, poczuciu winy. Jej bohaterem jest Mack (Sam Worthington). Mężczyzna pochodzi z toksycznej rodziny alkoholików z dziada pradziada. Swój własny dom zbudował w opozycji do tego, czego sam doświadczył w dzieciństwie. Ale jego szczęście nie trwało długo. Chwila nieuwagi wystarczyła, by najmłodsza córka została porwana i zamordowana przez zwyrodnialca. To wydarzenie pchnęło go w odmęty tak potężnej rozpaczy, że ostatnią szansą na odzyskanie spokoju ducha była bezpośrednia boska interwencja.

Twórcy "Chaty" sięgnęli po najlepsze sekciarskie wzorce, by przekazać widzom swoje przesłanie. Podstawowym narzędziem stało się więc bombardowanie "miłością", które obecne jest w każdym elemencie filmu. Zmysły atakowane są pięknymi zdjęciami z niezwykle żywymi barwami. Ma to stanowić namacalny dowód na istnienie boskiej harmonii, która istnieje nawet w chwilach największych tragedii. Zdjęciom towarzyszy kojąca zmysły muzyka. Jej celem jest rozluźnienie widzów, co ułatwi wchłanianie przez nich kolejnych morałów i odpustowych mądrości. Dialogi w tym filmie sprawiają wrażenie żywcem przepisanych z podręcznika dla pastorów z pasa biblijnego. Pełne są prostych, naiwnych przykładów na to, dlaczego pomimo śmierci, bólu i grzechu Bóg jest miłością i dobrem. Sami aktorzy zaś przesadnie akcentują wszelkie emocjonalne niuanse, przywodząc na myśl maniery z czasów kina niemego.



W efekcie tego zmasowanego "ataku" u widzów pojawi się reakcja wzruszenia i zachwytu. Ale jest to odruch bezwarunkowy. Gdy tylko włączy się myślenie, iluzja piękna i mądrości pryska. "Chatę" pogrąża dosłowność. Nieudolność reżysera powoduje więcej szkód niż pożytku. Pokazuje on chrześcijan jako naiwnych zaklinaczy rzeczywistości, którzy ulegają złudzeniom, ponieważ te są pięknie serwowane. Trywializuje to mądrość, którą naprawdę można byłoby w filmie odnaleźć, gdyby tylko twórcy potrafili nadać historii więcej naturalności i lekkości. Na szczęście płytkość "Chaty" równoważą inne hollywoodzkie produkcje o wierze ("Przełęcz ocalonych", "Milczenie"), więc szkoda, jaką wyrządza, nie jest duża.
1 10
Moja ocena:
3
Marcin Pietrzyk
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
24% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (1013 głosów).
Udostępnij: