Choć Borgli lubi wsadzać kij w mrowisko, ma też tendencje do szybkiego wyczerpywania tematu – jeszcze zanim pomysł zaprowadzi go w jakieś ciekawe miejsce.
Przypomnij sobie najgorszą rzecz, jaką zrobiłaś w życiu. Dręczyłaś koty? Umawiałeś się z dużo młodszą dziewczyną? Zastanów się chwilę. Ale nie odwracaj pytania, jeśli nie chcesz poznać odpowiedzi.
W "Dramie" Kristoffer Borgli bierze na warsztat pytanie o granice wyrozumiałości w związkach, ale i samą możliwość całkowitego poznania drugiej osoby. Emma (Zendaya) i Charlie (Robert Pattinson) za kilka dni biorą ślub. To była miłość od pierwszego wejrzenia, meet cute w bostońskiej kawiarni, a teraz nie mogą bez siebie żyć. Na moment przed weselem para spotyka się z zaprzyjaźnionym małżeństwem, Rachel (Alana Haim) oraz Mikiem (Mamoudou Athie), a jedna butelka wina za dużo decyduje o dalszym kierunku wieczoru, kiedy Rachel prowokuje wszystkich do wyznania najgorszej rzeczy, jakiej się dopuścili. Po usłyszeniu historii Emmy Charlie zobaczy ją w zupełnie nowym świetle. Nic już nie będzie takie samo, a po zaleczeniu kaca trzeba wybrać kwiaty na ceremonię, spotkać się z DJ-ką, dokończyć przemowę… I oczywiście przebrnąć przez sam ślub.
W centrum "Dramy" pulsuje tragikomiczny dylemat: czy miłość na pewno wszystko wybaczy? Felerna kolacja staje się fundamentem do budowy dwóch kompletnie odmiennych studiów charakterów. Scenariusz nie ma litości dla Charliego, który w obliczu trudnej prawdy demaskuje cały wachlarz słabości jego charakteru. W roli neurotycznego kuratora Pattinson wykorzystuje talent komediowy, żeby uczynić swojego bohatera godnego nie współczucia, ale pożałowania. O wiele więcej empatii Borgli ma do postaci Emmy, którą mimo burzliwej przeszłości trudno ocenić jednoznacznie, kiedy kolejne ciosy od życia przyjmuje z miną zbitego psa (w tej roli Zendaya budzi nawet za dużo współczucia). Ale na jednej parze się nie kończy; dalej mamy wręcz tyranizującą otoczenie Rachel, która widzi świat tylko w czerniach i bielach, jej spłoszonego męża oraz współpracowniczkę Charliego, Mishę (Hailey Gates) – gotową sponiewierać dobrą relację dla kogoś, kto będzie traktował ją jak gówno.
Więc to, co zaczyna się jak klasyczna komedia romantyczna, szybko zostaje wywrócone na niwę – zresztą w kampanii marketingowej filmu rewersem cukierkowych fotosów zakochanych jest wizerunek zakrwawionego pana młodego. Kristoffer Borgli lubi szokować. Charakter wyznania Emmy (którego tu nie zdradzę, aby nie zepsuć nikomu przyjemności) na pewno wzbudzi wśród widzów kontrowersje – szczególnie że norweski reżyser nie uznaje świętości ani kwestii tabu, a do wszystkiego podchodzi z mieszaniną absurdu, cynizmu i wisielczego humoru. Do tego temat jego drugiego anglojęzycznego filmu to w Ameryce coś, o czym mówi się jedynie z powagą i ściśniętym gardłem, choć jest traumatycznym kawałkiem narodowej tożsamości.
Choć Borgli lubi wsadzać kij w mrowisko, ma też tendencje do szybkiego wyczerpywania tematu – jeszcze zanim pomysł zaprowadzi go w jakieś ciekawe miejsce. I "Chora na siebie", i "Dream Scenario" pozostawiały z poczuciem niedosytu, kiedy po mocnym wstępie fabuła zaczynała kręcić się w kółko. Podobnie jest z "Dramą", który zaczynam rozchodzi się w szwach w trakcie ostatniego aktu. Wszystkie elementy czekają już idealnie rozłożone na planszy: wielu większych i pomniejszych bohaterów dramatu, idealny set up (ślub), wysoka stawka (w końcu na szali ważą się kwestie winy i przebaczenia). Niestety kulminacja zdarzeń przypomina bardziej powolny zapłon niż wybuch emocji: owszem, leje się krew, ale raczej ciurka, niż tryska, ważne monologi kończą się pijackim bełkotem, a od ważnych rozmów bohaterowie zwyczajnie uciekają. Choć sceny z wesela są komiczne i kuriozalne, brakuje w nich ciężaru, ale przede wszystkim odpowiedzi na kluczowe pytanie: co właściwie zrobić, kiedy twój świat kończy się w ciągu jednej sekundy; kiedy patrząc w oczy najdroższej osoby, widzisz kogoś zupełnie obcego?
Im dłużej zastanawiałam się, co sama zrobiłabym w podobnej sytuacji, tym bardziej doceniałam talent Borgliego, jakim jest podżeganie widzów do podobnej myślowej gimnastyki. Gorzej, jeśli liczymy, że to prowokatorstwo doprowadzi do fabularnej konkluzji czy widzowskiego oczyszczenia. Bo w "Dramie" jest dużo dramy, ale raczej takiej internetowej, bardziej głośnej niż merytorycznej, nastawionej na szok zamiast niuansu. Po wszystkim życie toczy się dalej, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło.