Kino historyczne o bohaterach ludowych rządzi się swoimi prawami. Wychowani na ponad stuletniej historii kina widzowie oczekują zapierających dech w piersiach widowisk pełnych szlachetnych czynów i spektakularnego heroizmu. Kiedy więc Paul Greengrass wziął się za realizację filmu o powstaniu Wata Tylera, oczekiwania wśród widzów były jasne: mieliśmy zobaczyć historię kogoś, kto postawił się bogaczom, kto pociągnął za sobą tłum i walczył o lepszy świat. To miał być film w duchu "Braveheart" czy "Robin Hooda: księcia złodziei". Rzeczywistość okazała się inna. Greengrass wykorzystuje historyczny kostium, by dokonać brutalnie szczerej, pozbawionej patosu diagnozy społeczeństwa opartego na skrajnych różnicach ekonomicznych, społecznych i religijnych.
Trzeba jednak przyznać, że Paul Greengrass zachowuje pozory kina historycznego. Grany przez Andrew Garfielda główny bohater to klasyczna postać filmowa: osoba naznaczona osobistą tragedią, która pragnęła być zostawiona w spokoju, lecz brutalne okoliczności zewnętrzne sprawiły, że przelała się czara goryczy; że wreszcie powiedział "dość!" i sięgnął po przemoc, pociągając za sobą innych. Jak w innych tego typy filmowych opowieściach, mamy sceny walk i pojedynków, które reżyser realizuje z dużą brutalnością. Na pierwszy rzut oka widzimy też jasny podział: szlachetni uciskani kontra moralnie zdeprawowane rządzące elity.
Nie trzeba długo czekać, by różnice w podejściu Greengrassa do tematu buntów przeciwko ciemiężcom zaczęły rzucać się w oczy. Po pierwsze, wbrew temu, co można przeczytać o filmie, Garfield nie wciela się w lidera powstania Wata Tylera. Tego gra Cosmo Jarvis. Po drugie, sceny walk są realizowane na ograniczoną skalę, a kiedy trzeba zaprezentować szerszą historyczną panoramę, reżyser sięga po proste narzędzia CGI, które niestety prowadzą do scen wyglądających tanio i sztucznie. Nie tego oczekują widzowie wychowani na epickim kinie historycznym.
Najbardziej jednak będzie uwierać decyzja Greengrassa, by większość filmu kręcić roztrzęsioną kamerą, do tego preferując ekstremalne zbliżenia. Oczywiście widzowie znający wcześniejsze dzieła reżysera, nie będą tym szczególnie zaskoczeni. Greengrass uwielbia ten sposób filmowania, widząc w nim narzędzie zbliżające nas do prawdy, nadający narracji poczucie autentycznego uczestniczenia w wydarzeniach, przemiany mitu w prawdę. Trzeba jednak przyznać, że pierwsze wrażenie jest szokujące i jeśli ktoś nie przyzwyczai się do tej bardzo współczesnej formy prowadzenia opowieści, nie będzie w stanie oglądać "Rebelii" z zaciekawieniem.
Warto jednak zrobić ten wysiłek i wyjść poza swoją strefę komfortu. Wtedy zauważycie, że Paul Greengrass sięgnął po historyczne wydarzenia, by opowiedzieć uniwersalną historię ludzkości, by zaprezentować ostrą jak brzytwa analizę mechanizmów radykalizacji społeczeństwa. "Rebelia" to film na wskroś współczesny, który może stać się bliski sercu każdego, kto poczuł się kiedyś zdradzony przez rządzących.
"Rebelia" Greengrassa nie jest bowiem historią buntu przeciwko władcy. Uciskane chłopstwo i mieszczańskie niziny społeczne nie walczą przeciwko królowi Ryszardowi II. Przeciwnie, w nim właśnie widzą symbol swojego wybawienia. To ekonomiczne i społeczne elity władzy są tu demagogicznymi czarnymi charakterami. Dla nich liczy się zachowania własnych przywilejów, ulg podatkowych, wpływów.
Greengrass pokazuje, że pretensje biedaków są słuszne, ich spowodowane rosnącymi kosztami życia cierpienie jest realne i należy im się ulga. Ale ich ufność w hasła tych, którzy twierdzą, że zdobywszy władzę zmienią ich sytuację, jest fatalnie naiwna i staje się przyczyną ich upadku. Filmowi liderzy powstania jak Wat Tyler czy John Ball (Jamie Bell) są niczym popularni podcasterzy, którzy potrafią ubrać w słowa to, co czują uciskani; którzy potrafią ich porwać za sobą i wykorzystać ich frustracje. Młody król Ryszard II jest jak każdy polityk-demagog, który widzi w rosnących napięciach społecznych narzędzie własnego triumfu. Reżyser stawia czytelny znak równości między nim, a każdym współczesnym politykiem, który doszedł do władzy dzięki antysystemowcom, by następnie wykorzystać system dla konsolidacji władzy i wzbogacenia się.
"Rebelia" to więc kino gorzkie, które pokazuje, że hasła rewolucyjne jak "wolność, równość, braterstwo" choć szlachetne, nie mogą zostać wcielone w życie. Wodzowie rewolucji prędzej czy później stracą kontrolę na frustracjami społecznymi, co prowadzi do eksplozji przemocy przeczącej szczytnym ideałom leżącym u podstaw ich ruchu. Ci, którzy to przetrwają, mają tylko dwie drogi wyjścia: poddanie się lub radykalizacja. Pokładanie zaufania w ludziach, którzy obiecają poprawić życie cierpiących, może skończyć się tylko jeszcze większym wyzyskiem i jeszcze większą przemocą.
"Rebelia" to kino niezwykle cyniczne, w którym nie ma miejsca na triumf sprawiedliwości, na zwycięstwo uciśnionych. Jak "Danton" Andrzeja Wajdy demaskuje autodestrukcyjne mechanizmy rewolucji. Jak "Chciwość" J.C. Chandora pokazuje, że system zawsze zwycięża, co najwyżej zmieniają się osoby "przy korycie". Ta pointa jest zbyt okrutna nawet dla samego Greengrassa, dlatego też oszukuje i w końcówce sięga po inny mit bojownika o prawa biednych i uciśnionych – Robin Hooda. Ale nie rozwija go. Pozostawia go w sferze marzeń i nadziei. Reżyser jednak nie potrafi się uwolnić o wszechobecnego w tym filmie cynizmu. To zakończenie jest tylko z pozoru bardziej optymistyczną opcją. W rzeczywistości jasno pokazuje, że nadzieja jest opium dla mas. Bez wiary, że pojawi się ktoś, kto wesprze uciśnionych, kto się za nimi wstawi, nie ma życia. A żyć przecież trzeba.
To właśnie wymowa filmu, konsekwentnie i sugestywnie kształtowana przez reżysera w kolejnych scenach, jest największą siłą "Rebelii". A Andrew Garfield jest idealną "twarzą" opowieści. Jest to niezwykle istotne, ponieważ nie wszystkie castingowe decyzje się udały. Młodziutkiego Woody'ego Normana ewidentnie przerosła rola Ryszarda II. A szkoda, bo jego brutalna emancypacja to jeden z kluczowych elementów całej narracji. Jednak mimo widocznych niedociągnięć, "Rebelia" pozostaje interesującym filmem, który ma szansę pozostać z widzami na dłużej, stając się pretekstem do gorących (politycznych) dyskusji.
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.