Recenzja filmu

Runner (2026)
Scott Waugh

Zabójcza broń w krainie kangurów

Trzeba przyznać, że Scott Waugh nie ustępuje bratu pod względem umiejętności stworzenia dynamicznego widowiska – "Runner" przypomina trochę nową wersję "Wykidajły", gdzie sceny walki również były
Zabójcza broń w krainie kangurów
Bromance utrzymany w tonie komediowo-sensacyjnym to konwencja, która od lat cieszy się popularnością zarówno wśród widzów, jak i samych filmowców. Ci pierwsi wybierają tego typu tytuły w poszukiwaniu niezobowiązującej i – co chyba nawet ważniejsze – bezpiecznej rozrywki (wszak jest to konwencja, w której trudno jest cokolwiek zepsuć), ci drudzy natomiast: łatwej wygranej. Akcyjniaki z bromancem w tle to bowiem filmowe samograje, które często stają się pozycjami kultowymi. Warunkiem powodzenia takiego przedsięwzięcia jest jednak chemia między aktorami, a to nie zawsze udaje się zapewnić. Na całe szczęście "Runner" Scotta Waugh, najnowszy bromance do obejrzenia w polskich kinach, nie zaniedbuje tego elementu. 


Alan Ritchson to niekwestionowany gwiazdor kina akcji ostatnich kilku lat – pojawił się m.in. w "Szybkich i wściekłych 10" i tegorocznym widowisku SF Netfliksa "War Machine", a w listopadzie do kin trafi także ubiegłoroczne "Motor City". Jest też oczywiście serial "Reacher", który stał się jednym z największych hitów w dorobku Prime Video. Nic więc dziwnego, że do roli byłego komandosa, który po szeregu życiowych turbulencji dorabia jako kurier do zadań specjalnych, Ritchson nadawał się idealnie. Jego partnerem w "Runner" – osobą odpowiedzialną za przewóz organu dla umierającej dziewczynki – został Owen Wilson, który w ostatnich latach wypadł trochę z głównego aktorskiego obiegu. Dość powiedzieć, że nie pojawiał się nawet w najnowszych produkcjach Wesa Andersona – kumpla ze studiów, u którego niegdyś grywał regularnie. W filmie Scotta Waugh (brata Rica Romana, twórcy m.in. dwóch części "Greenland" czy niedawnego "Samotnika") Wilson odnajduje się jednak znakomicie. Wciela się tu w nadmiernie gadatliwego kuriera medycznego, który ma za zadanie dopilnować, by drogocenny organ dotarł do szpitala docelowego w nienaruszonym stanie. "Drogocenny" to zresztą słowo-klucz, bowiem okazuje się, że na "przesyłkę" chrapkę ma ktoś bardzo zamożny i jeszcze bardziej niebezpieczny…


"Runner" nie czeka zbyt długo na rozpoczęcie właściwej akcji. Po trwającej kilka minut ekspozycji kurier Hank Malone (Ritchson) odbiera z lotniska w Brisbane Bena Bishopa (Wilson) i niepozorny medyczny pakunek, po czym mają udać się do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów szpitala w mieście Gold Coast. Sprawy szybko się jednak komplikują – dwóch Amerykanów na australijskiej ziemi musi stawić czoła gangowi uzbrojonych po zęby bandziorów, którzy zrobią wszystko, by sympatyczny duet nie dotarł do celu. I trzeba przyznać, że Scott Waugh nie ustępuje bratu pod względem umiejętności stworzenia dynamicznego widowiska – "Runner" przypomina trochę nową wersję "Wykidajły", gdzie sceny walki również były zaaranżowane w pomysłowy i efektowny sposób, a ciosy lądowały z siłą, którą odczuwali nawet widzowie. Tu na dokładkę mamy kilka szalonych i oczywiście zupełnie nierealistycznych pościgów, podczas których postronne samochody latają w powietrzu niczym kartonowe atrapy, a Hank Malone jednocześnie pędzi na złamanie karku, strzela i nokautuje przeciwników. Główny bohater nie jest jednak niezniszczalny – kolejne konfrontacje z bandziorami zostawiają na nim wyraźne ślady, a finałowy pojedynek wcale nie jest tak jednostronny jak moglibyśmy się spodziewać. Do tego Hank zmaga się z potężnym emocjonalnym balastem i rozterkami moralnymi, które wydają się nieodzowną częścią tego ekstremalnego zlecenia.


Z pewnością nikt z ekipy stojącej za "Runnerem" nie oczekiwał, że ich film zrewolucjonizuje gatunek. Być może twórcy nie liczyli nawet na to, że ta solidnie zrealizowana produkcja stanie się nowym klasykiem w konwencji komediowo-sensacyjnego bromance’u. Ale jeśli jedynym, co im przyświecało, to zapewnienie widzom sporej frajdy i stworzenie duetu bohaterów, którym chce się kibicować, "Runnera" można uznać za absolutny sukces. Bo nawet jeśli film Scotta Waugh nie zapadnie nam w pamięć na dłużej, przez tych dziewięćdziesiąt kilka minut seansu może się wydawać najbardziej klawą komedią akcji na świecie.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?