Recenzja filmu Stuber (2019)
Michael Dowse

Übermensch z Ubera

"Stuber" rządzi się swoimi prawami – to produkcyjniak napisany pod dwóch aktorów z zupełnie innych parafii, a dla Bautisty dodatkowo coś na kształt podnośnika. Podobne filmy dostaje od lat Dwayne ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Stuber (2019)
"Yo, Stuber, odpalaj silnik i wieź Draksa na dymy z kartelem! TERAZ, mordo! Weź nie p****!". Sekundę później wjeżdża scena szpitalno-postrzałowa, napisy końcowe i o – właśnie opowiedzieliśmy sobie program zajęć na letniej siłowni plenerowej. Instruktorem jest dwutonowy Dave Bautista, na ławce siedzi Kumail Nanjiani. Ten pierwszy uosabia ludzką wieżyczkę strzelniczą z emocjami ukrytymi głęboko pod pancerzem, ten drugi to typowy modern man – akceptuje własne słabości, nie pcha się przed szereg, ma poczucie humoru, zachęca kobiety do samorealizacji. Dla Dave'a-Wieżyczki – modelowa miękka faja i pantofel. Plus jeszcze jeździ na Uberze. Autem elektrycznym, a nie na benzynę! Czy da się upaść niżej? 

photo.title

Otóż da, bo kiedy Stu (Nanjiani) otwiera usta, wypadają z nich linijki czerstwych i słabo napisanych tekstów, które miały robić za klucz do fabułki o mięśniaku i cherlaku, tymczasem są drogą przez mękę. "Stuber" rządzi się oczywiście swoimi prawami – to produkcyjniak napisany pod dwóch aktorów z zupełnie innych parafii, a dla Bautisty dodatkowo coś na kształt podnośnika. Podobne filmy dostaje od lat Dwayne Johnson, tyle że tam, gdzie The Rock odznacza się charyzmą i luźną gadką, Drax okazuje się zawodnikiem ciężkim i niepraktycznym. Blisko mu do rozjuszonego kreta, który łypie na świat spode łba, gotowy pogryźć rękę ogrodnika i zaorać ogród. 

Po części to nie jego wina. Aktor bez przerwy krecio mruży oczy, bo gra gliniarza z krótkowzrocznością. Podstarzały Vic poluje na dilera Tedjo, który lata temu, w trakcie obławy, zamordował jego policyjną partnerkę. Pech chce, że nowe ślady bandziora pojawiają się dokładnie w momencie, kiedy nasz pancernik przechodzi laserową korektę wzroku i przez 24 godziny widzi tylko maziaje i plamy. Raczej nie postrzela i nie poprowadzi fury. Córka instaluje mu na wszelki wypadek Ubera, a z apki bierze się, jak gin z butelki, Stu(ber, he he) – zahukany kierowca, pracownik marketu sportowego, na co dzień karmiący się głównie niespełnioną miłością do przyjaciółki, która od wrażliwych stand-uperów woli napakowanych predatorów.
 
photo.title

No i tak to jakoś płynie, jak pinezka po mapce smartfona. Stu i Vic jeżdżą z jednej złej dzielnicy LA do drugiej, odhaczają kolejnych złych ludzi z bronią, wikłają się w tarapaty i z nich wyplątują. A przede wszystkim – ciągle gadają. Nanjiani próbuje przekonać Bautistę, że jest tylko prostym uberowcem, nie żadnym uczniem Terminatora czy kandydatem na strażaka. W tym celu wykonuje setki histerycznych gestów, piszczy jak odzierany ze skóry, na przemian panikuje i mdleje, odprawiając tak nieprzekonujący komediowy balet żenujących kroków, że od samego patrzenia i słuchania deformują nam się stopy. Trudno mi sobie przypomnieć jakąkolwiek mocną kwestię Stu, poza tym, że w większości były to kawałki utrzymane w dialekcie coachingu z klubu fitness: coś o akceptacji i przyzwoleniu na męski płacz, przerywane od czasu do czasu aluzjami do stosunków seksualnych. W odpowiedzi Bautista mruczy pod nosem przekleństwa, gładzi tatuaże i przybiera wojowniczą posturę Tuhaj-beja z "Ogniem i mieczem". Bierze sobie Ubera w jasyr – tam gdzie on, tam ma być i fura gotowa do odpalenia. Nieważne, że na Stu czeka seks z gorącą przyjaciółką i filmy na DVD – jedziemy, kurła, z dzidami na kartel!

photo.title

Można na te głupoty wzruszyć łapą i powiedzieć: cóż, taki urok, ważne jednak, że strzelają i jeżdżą. Sęk w tym, że pościgów jest w "Stuberze" jak na lekarstwo, strzelaniny są mało widowiskowe (może z wyjątkiem sekwencji otwierającej film), bandyci szarutcy i tępo uśmiechnięci, a adrenalina gwałtownie spada już po kilku minutach okładania widzów suchymi bagietami. Patrząc na to wszystko przez pryzmat doświadczenia kinowego i kinowej przyjemności – od początku wiedziałem, na co się piszę, spodziewałem się największych klisz, fabularnych absurdów oraz oklepanych mordeczek, a jednak nuda i tak znowu zaskoczyła drogowców i wypompowała z nich resztkę energii. Nie wiem, ile kasy na produkcję wyłożył Uber, ale jest to raczej pieniądz zmarnowany. Z samych żelaznych mięśni nie zbuduje się w końcu równej i szerokiej autostrady. A po piachu i chaszczach tak szybko nam te wszystkie StUbery nie pojadą. Nawet jeśli wcześniej – jak Dave Bautista – latały w kosmos i ochraniały całe galaktyki. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 26% uznało tę recenzję za pomocną (39 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię