Recenzja filmu

Transfer (2007)
Gavin Hood
Jake Gyllenhaal
Reese Witherspoon

Słuszny niepokój

"Transfer" jest kolejnym przykładem amerykańskiego kina moralnego niepokoju. "Słuszny" to przymiotnik, który najlepiej określa film. Pytanie jest tylko, czy my chcemy takie słuszne kino oglądać
Na początek trochę banałów. Jest kino tzw. artystyczne, jest kino komercyjne. Jest kino głównego nurtu i jest kino niszowe. Film zyskuje status wybitnego, jeżeli uda mu się połączyć indywidualny portret bohatera z pejzażem społecznym, czy też poprzez pryzmat jednostki zmetaforyzować świat. Potrzeba jednak, żeby twórca zrobił to w sposób niebanalny, unikając klisz, stereotypów; żeby jego dzieło odkrywało źródła wyobrażeń społecznych, a nie tylko było ich odbiciem. Jeżeli jednak chcemy zrozumieć, jak społeczeństwo postrzega siebie i jak odzwierciedlają się jego lęki i niepokoje, wtedy należy zerknąć do kina komercyjnego. "Transfer" jest kolejnym przykładem amerykańskiego kina moralnego niepokoju, które karmi się nastrojami społecznymi wynikającymi z metod prowadzonych w ramach tzw. wojny z terroryzmem.

W "Transferze" mamy podejrzanego biznesmena nielegalnie przerzuconego poza Stany Zjednoczone w celu poddania go niestandardowym (czytaj nieludzkim) metodom przesłuchania. Mamy żonę w ciąży próbującą dociec na korytarzach Waszyngtonu prawdy o tym, co się stało z jej mężem. Są wysocy urzędnicy, którzy nie chcą ryzykować swoich karier lub wyznają zasadę, że cel uświęca środki. Z drugiej strony barykady młodzi chłopcy padają ofiarami fanatyzmu religijnego oraz przemocy aparatu państwowego. W to wszystko zaplątany jest agent CIA (Jake Gyllenhaal) starający się służyć swojemu krajowi najlepiej jak umie.

Film Hooda jest historią, która dzieje się na kilku płaszczyznach, w żadnej z nich jednak nie udało się specjalnie pogłębić ani odpowiednio wciągnąć widza, a całość bynajmniej nie układa się w wieloaspektowy obraz sytuacji. Dzieje się tak chociażby dlatego, że zabrakło w "Transeferze" pełnokrwistych bohaterów - są albo figury, albo elementy układanki. Nie udało się także wygranie kontrastu i podobieństw miedzy dwoma najbardziej pełnymi postaciami, czyli młodym agentem CIA a dojrzałym szefem służby specjalizującym się w brutalnych przesłuchaniach. To pomiędzy nimi powinno iskrzyć napięcie, a tak się dzieje niestety tylko w scenach rażenia prądem.

Film zawiera jeden ciekawy element formalny, polegający na dość nietypowym zaburzeniu chronologiczności fabuły. Jednakże czemu miało to służyć, możemy się tylko domyślać, bo efektu jaki zamierzył sobie reżyser (a zakładam, że coś sobie zamierzył) nie osiąga.


Gavin Hood, który przysłużył się Polsce adaptacją "W pustyni i w puszczy", jest człowiekiem, któremu drzwi do Hollywood otworzył "Tsotsi". Oscarowy film będący z jednej strony obrazem slumsów w Johanesburgu, z drugiej - portretem młodego przestępcy, który odkrywa w sobie człowieczeństwo. Hollywood takich rzeczy nie wybacza i bezlitośnie wykorzystuje do swoich celów wszelkich laureatów. Tak więc Gavin Hood jako człowiek o dużej wrażliwości artystycznej został wykorzystany do celów słusznych.

"Słuszny" to przymiotnik, który najlepiej określa Transfer". Słuszna jest sprawa, w której zabiera się tu głos. Słuszne jest moralne oburzenie na metody prowadzenia wojny z terroryzmem. Słuszne jest zwrócenie uwagi na wieloaspektowość zjawisk i ich genezę opierająca się na sprzężeniu zwrotnym. Słuszne jest zwrócenie uwagi, że świat zachodni bynajmniej nie jest bez winy, a terroryzm jest bardzo często skutkiem, desperacji, biedy i zniewolenia. Słuszne jest także, że taki film powstał. Pytanie jest tylko, czy my chcemy takie słuszne kino oglądać.
1 10
Moja ocena:
4
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
34% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (100 głosów).
Udostępnij:
Kiedy w 2001 r. Gavin Hood popełnił potworka w postaci nowej ekranizacji sienkiewiczowskiego „W pustyni i w puszczy”, mało kto sądził, że kiedykolwiek jeszcze o tym panu ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 90%